Co zmieni pandemia?12 maja 2020

test na koronawirusa w dloni lekarki

Choć mamy dopiero początek XXI wieku, stwierdzenie, że walka z koronawirusem będzie jednym z największych jego wyzwań, nie wydaje się nadużyciem. Podobnie jak opinia, że to doświadczenie zmieni świat. Jak wpłynie na system opieki zdrowotnej?

autorka: Jolanta Molińska
dziennikarka, publikuje m.in. na łamach „Newsweek’a”, „Focus’a” i Gazeta.pl

Zaczęło się w Chinach, prawdopodobnie już w listopadzie 2019 r., w mieście Wuhan. Ale przez ok. 1,5 miesiąca niewielu wiedziało, z jakim zagrożeniem mierzyć się będzie Państwo Środka. Ostatniego dnia grudnia do Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) dotarł stamtąd niepokojący raport: wykryto przypadki zapalenia płuc o nieznanej etiologii.

Rozprzestrzenianie się wirusa 2019-nCoV na świecie – stan na dzień 11 lutego 2020 r. *

Rozprzestrzenianie się wirusa 2019-nCoV na świecie – stan na dzień 9 kwietnia 2020 r.*

* źródło: Johns Hopkins University, Baltimore, USA

Według „South China Morning Post” w 2020 rok Chiny wchodziły z 266 zidentyfikowanymi zakażonymi i wiedzą, że choroba może skończyć się śmiercią. Wirus rozprzestrzenił się na cały kraj, a żeby go powstrzymać, Chiny zaczęły zamykać miasta, w tym Wuhan – pierwsze jego ognisko. Zanim się to stało, 13 stycznia stwierdzono już przypadek zakażenia poza granicami Chin, w Tajlandii. Zaś od 24 stycznia wiadomo było, że chorzy są także w Europie – u dwóch osób we Francji stwierdzono koronawirus SARS-CoV-2, który wywołuje chorobę COVID-19. Wreszcie 11 marca 2020 r. WHO uznała, że świat ma do czynienia z pandemią. Kilka dni wcześniej, 4 marca, stwierdzono w Polsce pierwszy przypadek koronawirusa. Kiedy pod koniec tego miesiąca Chiny stopniowo otwierały się na świat, znosząc ograniczenia w przemieszczaniu się obywateli, Europa coraz bardziej się zamykała. I liczyła kolejnych zmarłych. Przypadki koronawirusa wykrywano w kolejnych państwach świata.

Z człowieka na człowieka
Kaszel, duszności, gorączka, bóle mięśni jak przy „zwykłej” grypie – to standardowe objawy stwierdzane u osób, które zachorowały na COVID-19. W miarę jak choroba się rozprzestrzeniała, media donosiły o kolejnych dolegliwościach, rzadziej spotykanych objawach – to m.in. czasowa utrata węchu i smaku, ból w klatce piersiowej, lekki katar. Ale niektórzy przechodzą zakażenie SARS-CoV-2 praktycznie bezobjawowo, i to oni stanowić mogą największe zagrożenie. Wirus przenosi się z człowieka na człowieka – stąd w kolejnych państwach obostrzenia dotyczące międzyludzkich kontaktów: zakazy urządzania imprez masowych, a nawet spotykania się więcej niż dwóch osób. Utrzymuje się on także poza ludzkim organizmem, na powierzchni przedmiotów. Dlatego tyle mówi się o myciu rąk. Szczególnie niebezpieczny jest dla osób starszych – wraz z wiekiem wzrasta ryzyko zgonu, a najwyższe jest u osób po 80. r.ż. Podobnie zagrażająca życiu jest sytuacja, w której pacjent z koronawirusem ma choroby współistniejące, takie jak: schorzenia serca, cukrzyca, przewlekła obturacyjna choroba płuc, nadciśnienie, nowotwory.

Pojawia się opinia, że nawet jeśli wiosenny rzut choroby uda się opanować, wróci ona w październiku. Że zostanie z ludzkością tak, jak towarzysząca jej grypa. I że po koronawirusie będą przychodzić kolejne.

Jak się przygotować?
– Naukowcy przewidują, że coraz częściej ludzkość będzie miała do czynienia z wirusami i bakteriami wywołującymi choroby. I nie da się na to przygotować, zawsze będziemy zaskakiwani – mówi dr Tomasz Sobierajski, socjolog, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, w kręgu zainteresowań którego jest m.in. socjologia zdrowia. – W żadnym kraju nie powstanie system szpitali zakaźnych, które będą tylko czekać na epidemię, bo jest to zbyt kosztowne rozwiązanie.
A opracowanie procedur, według których dowolny szpital będzie można przekształcić w tego typu placówkę, nie jest łatwe. Chodzi przecież o skomplikowany proces. Inna sprawa, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, jaki charakter będzie miała następna epidemia. Dziś mamy do czynienia z koronawirusem atakującym płuca. Inny wirus może zaatakować inne organy. Ale z sytuacji, z którą dziś mamy do czynienia, możemy wyciągnąć wiele wniosków na przyszłość. Na przykład ten, że należy poprawić komunikację kryzysową.

Coś się zmienia
Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, z pandemii jako społeczeństwo możemy wyjść ze zmianami, które w perspektywie czasu wyjdą na dobre – zwłaszcza naszemu systemowi opieki zdrowotnej. Pytanie, na ile długotrwałe będą to zmiany?
– Ucichli zwolennicy tzw. medycyny alternatywnej – już sam ten termin „alternatywna” zakłada, że nie ma jednej medycyny, tej opartej na nauce. Boję się jednak, że gdy tylko sytuacja się unormuje, wrócą wraz ze swoimi teoriami – przewiduje dr Sobierajski. Jego zdaniem bardziej długotrwała zmiana, z którą mamy do czynienia w konsekwencji pandemii, może dotyczyć wykorzystania telemedycyny. Wiele przychodni podjęło decyzję o uniemożliwieniu pacjentom odbywanie konsultacji w bezpośrednim kontakcie z lekarzem. Zastąpiły je rozmowami telefonicznymi, konsultacjami mailowymi lub podczas połączeń wideo. – To przeszkolenie bojowe może zaowocować tym, że telemedycyna będzie częściej niż do tej pory wykorzystywana w systemie opieki zdrowotnej, zwłaszcza że od dawna mówi się o ciągle zbyt małym dostępie do lekarzy specjalistów – twierdzi dr Sobierajski i dodaje, że czeka nas jeszcze wiele pracy. Zwłaszcza lekarze muszą nauczyć się diagnozować na odległość i w odpowiedni sposób komunikować się z pacjentem.
Oprócz spopularyzowania telemedycyny w krajobrazie polskiego systemu opieki zdrowotnej w czasach „po koronawirusie” powinna zajść jeszcze jedna ważna zmiana: lekarze muszą scedować część swoich obowiązków na inne grupy – farmaceutów, pielęgniarki, ratowników medycznych.

Pierwszy stół
– Minister Zdrowia zwiększył nam uprawnienia. Wcześniej mogliśmy wystawiać recepty farmaceutyczne tylko w przypadku nagłego zagrożenia zdrowia pacjenta. Teraz w przypadku każdego zagrożenia zdrowia. Możemy obecnie przepisać mu lek na 120-dniowy okres stosowania, a nie jak wcześniej – tylko jedno najmniejsze dopuszczone do obrotu opakowanie. Dodatkowo farmaceuci uzyskali przywilej wystawiania refundowanych recept pro auctore i pro familia – mówi Anna Gębska-Mania, która jest kierownikiem w jednej z aptek sieciowych. – Jeśli mamy wystawić receptę farmaceutyczną, zawsze rozmawiamy z pacjentem, dokładnie badamy sprawę. No i oczywiście nigdy nikomu nie przepiszemy leków psychotropowych, narkotycznych. Odpowiedzialność, i to bardzo duża, jest po naszej stronie – przypomina farmaceutka. Anna Gębska-Mania pracuje za pierwszym stołem, obsługuje pacjentów na co dzień. Mówi, że w czasie epidemii trudno o swobodną rozmowę, udzielenie porady, bo każdy chce załatwić sprawę jak najszybciej i nie narażać się na zakażenie. Wiele aptek zdecydowało się na wydawanie leków przez okienko sprzedaży nocnej, jeśli pacjent wchodzi do środka, od farmaceuty oddziela go pleksi.
– Musimy być zabezpieczeni. Nosimy rękawiczki, maseczki, bo przecież każdy z farmaceutów może zakażać, nawet o tym nie wiedząc. Dezynfekujemy stanowisko pracy: stół, klawiatury komputerów, terminale, a także klamki itp. Przebieramy się po przyjściu do pracy, po powrocie do domu zdejmujemy ubrania, bierzemy prysznic – wylicza środki ostrożności kierowniczka.
Zmieniła się też organizacja pracy. Apteki skracają godziny otwarcia, dzielą personel na dwa zespoły, które się ze sobą nie kontaktują. Dzięki temu, jeśli jedna osoba zachoruje, na kwarantannę nie trzeba będzie wysyłać wszystkich pracowników, ale połowę obsady.
– Pracujemy w osłabionym składzie, część sprawuje opiekę nad dziećmi, ale mam poczcie, że dajemy radę, bo tworzymy zgrany zespół. Ustalamy, kto kiedy musi zostać w domu, kto może przyjść do pracy – mówi Anna Gębska-Mania.
Apteki nie szukają raczej zastępstw, a i osoby, które do tej pory brały dodatkowe dyżury, ograniczają tę aktywność w trosce o własne zdrowie. Inna sprawa, że pacjentów jest też mniej niż np. jeszcze w pierwszych dniach marca. – Część pacjentów obkupiła się już na początku epidemii. Pod koniec marca przychodzili przede wszystkim zrealizować recepty, których zresztą też było mniej, bo mniej było wizyt lekarskich – mówi farmaceutka.

Mniej pacjentów, większe koszyki
Obroty najbardziej spadły w tych aptekach, które znajdują się w galeriach handlowych, bo z wyjątkiem sklepów spożywczych, wszystkie inne zostały zamknięte, co znaczy, że pacjenci praktycznie przestali odwiedzać galerie. Zamarł też ruch na lotniskach, dworcach, komunikacyjnych węzłach przesiadkowych – tamtejsze apteki również notowały bardzo mało transakcji.
– Rynek apteczny obsługuje nasze podstawowe potrzeby w sytuacji zagrożenia i mniejszej liczby personelu. Dane dzienne PEX z końca marca br. wskazują na spadek liczby pacjentów do niespotykanych dotąd poziomów – mówi dr Jarosław Frąckowiak, Prezes PEX PharmaSequence. – Ale transakcje są większe – pacjenci kupują więcej opakowań i wartość koszyka jest większa od tej sprzed epidemii o 15-25 proc.
Ekspert przypomina, że liczba aptek spada od dawna, te które nadal funkcjonują na rynku, radzą sobie lepiej niż kiedyś. – Istnieje prawdopodobieństwo, że w dobie pandemii znajdzie się większe finansowanie na służbę zdrowia – poza tym, które już funkcjonuje. Apteki zaś spełniają jedno z kluczowych zadań w systemie ochrony zdrowia – zaznacza i dodaje: – Rynek apteczny już nigdy nie będzie taki jak dotąd. Bardzo wiele zależy od długości trwania pandemii.