Ebola – czy jest się czego bać?23 listopada 2014

Z dotychczasowych doświadczeń w USA i Hiszpanii wynika, że pacjent z rozwiniętą chorobą zagraża przede wszystkim personelowi medycznemu.

Pierwszy front walki z Ebolą

Zanim jednak pacjent trafi do szpitala, należy zrobić wszystko, by jak najszybciej go zdiagnozować, odizolować od innych osób oraz odpowiednio zająć się tymi, które miały już z nim kontakt. Dlatego tak ważne są procedury wdrażane na lotniskach całego świata w stosunku do osób przylatujących z krajów o podwyższonym ryzyku. Pod koniec października zaostrzyły je trzy stany USA – Nowy Jork, Illinois i New Jersey, wprowadzając obowiązkową 21-dniową kwarantannę dla personelu medycznego powracającego z Afryki Zachodniej. Okazało się bowiem, że dotychczas stosowane sposoby zawiodły – system kontroli na lotnisku JFK nie wyłapał lekarza, który 17 października br. wylądował w porcie lotniczym, a 23 października stwierdzono, że ma objawy Eboli. 33-letni Amerykanin pracował dla organizacji „Lekarze bez granic”, pomagając cierpiącym na tę chorobę mieszkańcom Gwinei.
Na polskich lotniskach procedury na wypadek pojawienia się na pokładzie lądującego samolotu osoby z objawami groźnej choroby zakaźnej były ćwiczone jeszcze przy okazji przygotowań do Euro 2012. Wtedy też wyposażono porty lotnicze w odpowiedni sprzęt, m.in. zapewniający możliwość błyskawicznej izolacji chorego. Co z pozostałymi pasażerami?
– Najbliżsi sąsiedzi chorego oraz personel samolotu, który miał z nim styczność, byliby poddani kwarantannie do momentu wykluczenia zakażania wirusem Ebola – mówi Jan Bondar. – Natomiast pozostali otrzymaliby informację o konieczności obserwacji swego stanu zdrowia i instrukcję, jak postąpić, gdyby ten stan się pogorszył.

Czy ten system właściwie zadziała?

Obyśmy nie musieli się o tym przekonać. Na razie jego możliwości prezentowane są jedynie w mediach. Jak w Polsce, taki i na całym świecie obok materiałów dziennikarskich rzetelnie informujących o zagrożeniu Ebolą i mających na celu sprawdzenie przygotowania naszego kraju do zmierzenia się z wirusem, są też typowo „tabloidowe”, przerysowane relacje, które mają wzbudzić strach.
– Nie tylko media sieją panikę, również części osób odpowiedzialnych za zarządzanie kryzysowe udziela się poczucie zagrożenia – twierdzi Jan Bondar. – Jako osoby podejrzane o zakażenie kwalifikowani są ludzie, którzy nigdy nie byli w Liberii, Gwinei czy Sierra Leone. Może to mieć negatywne konsekwencje dla pacjenta, ponieważ diagnostyka w kierunku Eboli opóźnia diagnostykę na przykład w kierunku malarii. I choć dziś mówi się głównie o Eboli, trzeba pamiętać, że ten wirus w Afryce zabija jednak nadal o wiele mniej osób niż wspomniana malaria czy wirus HIV.