Wilczym tropem4 lutego 2011

O rodzinnej zimowej wyprawie w Bieszczady marzyliśmy od dawna. Stojąc w korku między Warszawą a Piasecznem, patrząc na płatki śniegu leniwie opadające na szare samochody, w głowie odliczałem dni do wyjazdu.

Planując bieszczadzką eskapadę natknąłem się na stronę www.krainawilka.pl. Na miejsce docelowe wybrałem drewnianą leśniczówkę w miejscowości Ropienka, w samym sercu Bieszczad. Po sześciu godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce. Pierwszym zaskoczeniem był rewelacyjny (wbrew obiegowej opinii) stan dróg. Wszystkie były odśnieżone i doskonale oznakowane. Gospodarz leśniczówki powitał nas w typowo bieszczadzkim stylu. Wieczór spędziliśmy siedząc przy kamiennym kominku, popijając herbatę z rumem i przegryzając oscypki zapiekane w boczku. Zasypialiśmy pełni pozytywnych wrażeń. Za oknem nocną ciszę przerywał szum potoku i ciche wycie samotnego wilka, odbijające się echem od ściany pobliskiego lasu. Czułem, że to co najpiękniejsze jest dopiero przed nami.

 

Bieszczady witają

Rano przywitał nas niesamowity widok. Oszronione drzewa błyszczały w świetle wychodzącego zza góry słońca. Po horyzont rozciągał się bezkresny krajobraz. Właśnie kończyliśmy poranną kawę na tarasie leśniczówki, kiedy z oddali dobiegł pomruk skuterowych silników. Przyjechał Daniel – nasz przewodnik i organizator śnieżnego safari. Ciepłe ubrania, czapki, buty, termos pełen herbaty z sokiem malinowym – jesteśmy gotowi stawić czoła bieszczadzkiej przygodzie! Jeszcze tylko krótkie przeszkolenie z zasad poruszania się skuterem, pierwsze próby na pobliskiej polanie i jazda na szlak. Teraz już wiem, że jazdy na skuterze śnieżnym nie da się z niczym porównać. Pędząc przez śnieg, wzniecając tumany białego puchu, poczułem się naprawdę wolny. Zapomniałem o świecie, który zostawiłem w tyle (raptem o 6 godzin stąd). Ania – moja żona, dosiadła niedużą, turystyczną maszynę. Trochę się obawiałem czy da sobie radę, ale już po chwili szło jej doskonale. Choć nie wiem czy to za sprawą ukrytych talentów motoryzacyjnych, czy może pod wpływem uroku osobistego i zdolności pedagogicznych przewodnika Daniela. Zachwytu nie potrafił też ukryć mój syn Kuba. Jechał ze mną kurczowo obejmując mnie w pasie. Jeszcze kilka dni przed wyprawą oglądał w internecie filmy o skuterach. Teraz sam pędził przez dzikie bieszczadzkie ostępy. Oj, będzie się czym pochwalić kolegom…

 

Skutery, grill i legendarna herbata

Celem naszej wyprawy była opuszczona łemkowska wieś z ruinami domów i cerkwi. Na trasie musieliśmy się przeprawić przez górski potok, który nigdy nie zamarza. Byłem pod wrażeniem możliwości skutera, który nawet z tą przeszkodą poradził sobie bez problemu. Gdy dotarliśmy na miejsce, Daniel opowiedział nam ciekawą historię wysiedlonej miejscowości i jej mieszkańców. Ucieszył nas również wiadomością, że tuż za górą czeka na nas ognisko z ciepłym obiadem w rzeźbionej grillowej wiacie. Po chwili na horyzoncie ukazała się smużka dymu leniwie przecinająca błękitne niebo. Oczami wyobraźni widziałem skwierczące nad ogniem porcje karkówki… Obiad był wyborny i smakował jak nigdy. Jazda skuterem wymaga odrobinę wysiłku, zwłaszcza gdy maszyna utknie w głębokim śniegu. Ciepła herbata wypełniała puste brzuchy, a w głowie zrodziła się myśl, że będziemy tu częściej wracać… Kiedy jedliśmy obiad, ze świerkowego zagajnika wyszła grupa turystów przemierzających Bieszczady na rakietach śnieżnych. Okazało się, że to przyjaciele Daniela – wśród nich przyrodnik, pasjonat zimowego tropienia zwierząt. Jego opowieści sprawiły, że już następnego dnia postanowiliśmy zdobyć szczyt Połoniny Wetlińskiej na rakietach śnieżnych. Dużo czytałem o słynnej, góralskiej herbatce w schronisku Chatka Puchatka. Już jutro będę mógł poczuć jej legendarny smak. W drodze powrotnej do Ropienki zobaczyliśmy pędzące drogą stado wilków. Po chwili okazało się jednak, że to nie wilki, a psi zaprzęg ciągnący sanie z maszerem. Starym zwyczajem turystów na szlaku zamieniliśmy kilka słów. Sympatyczny właściciel zaprzęgu zaproponował nam przejażdżkę! Kuba i Ania byli zachwyceni. Wieczór spędziliśmy przy kominku oglądając zdjęcia z całego dnia. Kuba zmęczony poszedł spać. Nawet nie zapytał czy może pooglądać telewizję. Przez nadmiar wrażeń i przeżyć w ogóle zapomniał o istnieniu telewizora i konsoli.

 

SPA, narty i kulig z pochodniami

Daniel został z nami na kolację i wspólnie ułożyliśmy plan na następne dni. Postanowiliśmy zmienić miejsce noclegu na komfortowy hotel i przenieść się bliżej wyciągów narciarskich. Razem z Kubą będziemy mogli poszusować na stoku (nawet nie wiedziałem, że w Bieszczadach jest tyle wyciągów w tym wyciąg krzesełkowy!), a Ania w tym czasie skorzysta z zabiegów w hotelowym SPA. Na wieczór zaplanowaliśmy kulig z pochodniami, miodówką i wodzirejem. Daniel namawiał nas też na jednodniową wycieczkę do Lwowa (to zaledwie 120 km). Niestety, nie wzięliśmy ze sobą paszportów wymaganych przy przekraczaniu ukraińskiej granicy. Nie szkodzi, powiedział Daniel. Jedźmy więc na Węgry! Zwiedzimy legendarny Tokaj, skosztujemy lokalnego wina i odwiedzimy kompleks basenów termalnych w wykutych, skalnych grotach. Wybierając Bieszczady na cel zimowej eskapady wiedziałem, że będzie fajnie. Nie zdawałem sobie jednak sprawy z ogromu możliwości wypoczynku, z bogactwa bazy turystycznej i oferty lokalnych touroperatorów. Mieliśmy szczęście, że udało nam się poznać krainę wilka z doskonałym przewodnikiem. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz przyjdzie nam spotkać się na pełnym tajemnic bieszczadzkim szlaku.

 

Informacje praktyczne:

  • Agencja Turystyczna BIESZCZADY, Daniel Wojtas Lesko ul. Rynek 1, tel. (13) 469 72 70, biuro@krainawilka.pl, www.krainawilka.pl
  • OW Relavia Polańczyk, ul. Zdrojowa 1, tel. (13) 469 20 27, marketing@relavia.pl, www.relavia.pl
  • średnia cena noclegu ze śniadaniem: 65 zł/os.
  • noc w hotelu SPA: 90-120 zł/os. (w cenie pakiet zabiegów SPA o wartości 50 zł)
  • wyprawa skuterami: od 100 zł/os.
  • wycieczka do Lwowa: 100 zł/os.