Miliardy w śmietniku4 lutego 2011

Miliard złotych – tyle według Ministerstwa Zdrowia rocznie traci budżet państwa na lekach refundowanych, które trafiają do kosza. Są to jednak dane szacunkowe, bo tak naprawdę skali zjawiska nikt nie może zmierzyć. Jedno jest pewne – gdyby udało się wyeliminować ten proceder, polska służba zdrowia mogłaby znacząco poprawić swój standard.

Na leki refundowane Polska wydaje rocznie ok. 10 mld zł. Niestety, 10 proc. tych pieniędzy trafia do kosza. Pacjenci, którzy za leki płacą czasami zaledwie ułamek ich wartości, często kupują je na zapas. Specyfiki, które tracą ważność lub przestają być potrzebne, trafiają do śmieci lub w najlepszym przypadku do pojemników wystawionych w aptekach. Ile ton leków trafia na wysypiska śmieci? Tego nikt nie odważy się nawet oszacować. Znane są jedynie dane dotyczące leków wrzucanych do pojemników wystawionych w aptekach. To ponad 250 ton rocznie. Dlatego gdyby udało się wyeliminować marnotrawstwo specyfików, do których dopłaca państwo – czyli każdy z nas, nasz kraj byłoby stać na zapewnienie całkowicie bezpłatnej kuracji co dziesiątemu choremu lub – dajmy na to – wszystkim pacjentom w województwie Śląskim.

 

Bezmyślne zapasy

Nic więc dziwnego, że resort zdrowia próbuje na różne sposoby ograniczyć straty. Jednym z nich jest stała marża na leki refundowane i zakaz reklamy tego typu środków w aptekach. Ma to skłonić farmaceutów do proponowania najtańszych zamienników. Jednak przedstawiciele Naczelnej Izby Aptekarskiej twierdzą, że ministerstwo walkę z marnotrawstwem leków zaczęło od niewłaściwej strony.
– Dopóki lekarze będą wydawać recepty tak lekką ręką jak do tej pory, dopóty straty z tytułu marnotrawstwa leków refundowanych będą astronomiczne – mówi Marek Jędrzejczak, wiceprezes Naczelnej Izby Aptekarskiej. – Farmaceuta ma naprawdę niewielki wpływ na to, kto, ile i jaki lek kupuje. Jeśli na recepcie jest przepisany konkretny specyfik oraz jego ilość, to my możemy jedynie zasugerować zmianę, ale nie możemy tego wymóc. Dlatego to na lekarzach powinno się skupić przede wszystkim ministerstwo – dodaje. Jędrzejczak przyznaje jednak, że lekarze nie są głównym winowajcą gigantyczny strat płynących z tytułu marnotrawstwa leków refundowanych. Największą winę ponoszą sami pacjenci, którzy bardzo często wyłudzają recepty na leki refundowane chodząc do kilku lekarzy. – Dotyczy to głównie osób starszych, które lubią mieć w domu zapas. Nie zdają sobie spawy z tego, że każdy specyfik ma określoną przydatność. Wielokrotnie byłem światkiem, jak w pojemnikach na leki lądowało jednorazowo po kilkadziesiąt opakować drogich specyfików, bo pacjent zorientował się, że jego zapasy przeterminowały się. Najsmutniejsze jest jednak to, że te zapasy zostaną bardzo szybko odbudowane, oczywiście na koszt podatnika, po czym znowu za jakiś czas trafią do pojemnika, albo – co gorsze do zwykłych śmieci – mówi Marek Jędrzejczak.

 

Panaceum na marnotrawstwo

Najczęściej marnotrawione są leki na cukrzycę. Opakowanie insuliny kosztuje ponad 100 zł, jednak pacjent płaci za nie jedynie kilkanaście procent tej ceny. Niemal równie często w pojemnikach lądują leki na choroby psychiczne, neurologiczne i na krzepliwość krwi. Niekiedy kosztują one kilkaset złotych za opakowanie. Panaceum na tak wielkie marnotrawstwo według Ministerstwa Zdrowia ma być przygotowany projekt elektronicznych recept.
– Gdy system zacznie obowiązywać, lekarz będzie miał wgląd w to, ile pacjent ma przepisanych leków refundowanych i jakich. To wyeliminuje sytuację, w której pacjenci chodzą do kilku lekarzy i w ten sposób gromadzą zapasy leków – mówi Piotr Olechno, rzecznik Ministra Zdrowia. Choć ministerstwo zapewnia, że czas do rewolucji technologicznej można odliczać w miesiącach, a nie w latach, to jednak nawet miesiąc zachowania obecnego status quo oznacza milionowe straty. Dlatego pojawiają się pomysły, co zrobić już teraz, by uratować choć część pieniędzy wyrzucanych do śmieci. Jeden z najbardziej kontrowersyjnych zakłada odzyskiwanie leków, które zostały wyrzucone i przekazywanie ich osobom biednym, które nie posiadają ubezpieczenia. Choć niektórzy farmaceuci nieoficjalnie przyznają się do takich praktyk, to według ekspertów jest to działanie wysoce ryzykowne i zgodnie z naszym prawem nie do zaakceptowania.
– Farmaceuta wydający leki, bierze na siebie odpowiedzialność za to, że te specyfiki pochodzą z wiarygodnego źródła i były należycie przechowywane. W przypadku leków z odzysku nikt nie może tego zagwarantować – mówi prof. Marek Naruszewicz z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. – Obecnie rynek zalewany jest podróbkami leków, których rozpoznanie z oryginałami jest możliwe jedynie po badaniach w laboratorium. Dlatego, żaden zdroworozsądkowo myślący farmaceuta nie powinien nawet myśleć o podaniu choremu leków wyjętych z kosza. Nawet jeśli termin ważności wskazuje, że są zdatne do użytku – dodaje.

 

Roztropny Zachód

W dyskusji o poprawie sytuacji są też podnoszone przykłady z zagranicy. W USA na przykład pacjenci dostają tyle leków, ile zalecił im lekarz. Jeśli w opakowaniu jest więcej specyfiku, jest on dzielony. W Ameryce Południowej z kolei, leki sprzedawane są za 100 proc. wartości, a potem pacjenci mogą domagać się od państwa zwrotu części pieniędzy. We Francji najdroższe leki są podawane w przychodniach bądź przez pielęgniarki społeczne – w przypadku chorych przebywających w domu. Jednak, aby w naszym kraju wprowadzić podobne rozwiązanie potrzebne byłyby zmiany w ustawodawstwie. O tym nie chce słyszeć Ministerstwo Zdrowia, które jak mantrę powtarza, że e-recepty rozwiążą większość problemów. Farmaceuci podpowiadają jednak, że jest rozwiązanie, które nie jest stosowane na świecie, co więcej – do jego wdrożenia nie trzeba zmieniać prawa. – Wystarczy na lekach refundowanych umieścić ich faktyczną rynkową cenę i to w widocznym miejscu. Może wtedy pacjenci będą do leków refundowanych podchodzić z większym szacunkiem – mówi Adam Zmorzyński, farmaceuta z Warszawy. Urzędnicy przyznają, że to ciekawy pomysł i obiecują zastanowić się, czy go nie zastosować.