Kolacja na wysokości25 maja 2010

Czujecie niedosyt mocnych wrażeń? Lekarstwem na waszą dolegliwość może być bardzo nietypowe przyjęcie. A gdyby tak urządzić wystawną kolację kilkadziesiąt metrów nad ziemią?

Wokół dużego stołu rozmieszczono masywne czarne fotele przypominające siedziska kosmonautów. Masywne pasy przytrzymują siedzących. Pośrodku zadaszonej baldachimem konstrukcji uwija się kucharz, smakowicie pachną przygotowywane potrawy. Zgromadzeni wokół stołu na początku niepewnie, potem coraz śmielej sięgają po sztućce i talerze. Wszystko to na wysokości 50 metrów ponad ziemią. To kolacja na wysokości. Czyli projekt „Dinner in the sky”.

Miasto pod nogami

„Dinner in the sky” to pomysł Belga Davida Ghyselsa. „Ludzie chcą robić rzeczy niesztampowe, niezwykłe, o których mogą potem opowiadać przyjaciołom” – mówi twórca koncepcji serwowania posiłków kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Przyznaje, że nie jest to rozrywka tania, ale jak zauważa czasem chcemy po prostu zaszaleć. Jego pomysł został zrealizowany w 25 krajach, w ponad pięciuset lokalizacjach i został w ubiegłym roku uznany przez magazyn „Forbes” za jeden z najbardziej ekstarawaganckich pomysłów na spożycie posiłku. Teraz również Polacy mogą spróbować jak smakuje sushi nad dachami miast. Pierwsze Dinner in the sky zorganizowano w maju Łodzi. Na „pokład” podniebna restauracja zabiera jednorazowo 22 gości. Są oni wynoszeni 50 metrów w górę na specjalnej platformie trzymanej przez ramię dźwigu. Potrawy serwuje mistrz kuchni i jego pomocnicy. Większość smakołyków zostaje przygotowana w kuchni, która znajduje się na ziemi – na górę wjeżdżają razem z gośćmi.
Gdy podobna platformę zamontowano w Paryżu w ciągu kilku dni odwiedziło ją pół tysiąca osób. Jedna z nich była Basia, która została na taką atrakcję zaproszona przez francuskich przyjaciół. – Wrażenie było niesamowite – opowiada – na początku trudno cokolwiek przełknąć. Miasto pod nogami wydaje się być przerażająco daleko, a my zawieszeni w kosmicznych fotelach mamy wrażenie, że wszystko unosi się w powietrzu. Trzeba się przemóc i zaufać, że wielki dźwig unoszący konstrukcje wytrzyma, a pasy którymi jesteśmy przypięci zapewniają maksimum bezpieczeństwa. Podczas kolacji, zostały nam zaserwowane dania na zimno. Ze względu na to, że mimo wszystko nie jedzenie jest tu najważniejsze, kolacja trwała tylko nieco ponad godzinę. Ale było to najdziwniejsza i najbardziej zwariowana kolacja w moim życiu – opowiada Basia.
Obawy gości są jednak nieuzasadnione – każdy siedzi na krześle wyposażonym w czteropunktowy pas bezpieczeństwa, który powinien być cały czas zapięty. Jest jednak inny mankament – podczas kolacji nie należy zbyt dużo pić, zwłaszcza piwa. Na platformie bowiem nie ma toalety. Przerwy na siusiu są dozwolone, ale gdy któryś z gości chce pójść do łazienki, na dół zjeżdża cały stół. – Pamiętam, że przez wyjazdem na górę, wszyscy zostaliśmy zapędzeni do toalety, żeby nie było kłopotów – wspomina Basia.

Podniebny Ritz

Platforma „Dinner in the Sky” może stanąć w dowolnym miejscu, gdzie znajdzie się kilkadziesiąt metrów kwadratowych wolnej powierzchni. Nad miastem, polem golfowym, czy rzeką zawiśnie mini restauracja o powierzchni 9×5 metrów, ważąca bagatela 7 ton (z pełna zastawą)
Każda kolacja jest inna i dopasowana do życzeń klienta. Zawsze jednak przygotowywana jest przez najznakomitszych kucharzy, ponieważ projekt ma w zamyśle promować kuchnię na najwyższym poziomie (i to nie tylko dosłownie). W Paryżu dania serwowali szefowie kuchni pałacu Elizejskiego, albo kucharze z luksusowego hotelu Ritz. Inne atrakcje – orkiestra (na dodatkowej platformie), pokaz multimedialny, projekcja filmowa – są dostępne, zależą tylko od pomysłów organizatorów i … zasobności ich portfeli. Rozrywka nie jest tania – decydują się na nią najczęściej pracodawcy, którzy chcą zaproponować swoim pracownikom coś niezwykłego – trzeba zapłacić mniej więcej 300 PLN za osobę za godzinną kolację. Dodatkowo doliczone są koszty posiłku – tu jego cena zależny tylko od uczestników.
Na początku mają pierwszą „Dinner the sky” zaserwowano w Łodzi. Platforma wznosiła się nad pofabrycznym kompleksem Manufaktury. Pierwszy posiłek serwował Mirosław Jabłoński, szef kuchni związany z takimi hotelami jak Bryza, czy Sheraton. Podano kaczkę marynowaną w pomarańczach z miniszparagami, przegrzebki duszone w białym winie ze szpinakiem. Na deser goście zjedli mus jogurtowy z karmelizowanymi orzechami i truskawkami.