Duchowe wędrówki ludów25 stycznia 2010

duchowe-wedrowki-ludow

„Churching” niedzielne pielgrzymki do kościołów, w których można wysłuchać porywających kazań, odnaleźć najlepszego dla siebie spowiednika, który łączy cechy dobrego psychologa, dowcipnego krasomówcy i showmana, cieszą się coraz większą popularnością w dużych miejskich aglomeracjach.

Sformułowanie „churching” u młodych katolików wywołuje uśmiech, jako trafne określenie zjawiska, w którym uczestniczą. I wielu z nich nie widzi w nim niczego nagnanego. Przeciwnie, podkreślają, że dzięki „duchowym wędrówkom”, ich życie religijne jest pełniejsze i ciekawsze.
– Katolicyzm to też w pewnym sensie styl życia – mówi Adam Witkowski, prawnik z Warszawy. – Zależy mi na jakości tego życia więc szukam takich miejsc, w których mogę posłuchać mądrych ludzi, uczestniczyć w misterium, które nie będzie tylko odklepaniem niedzielnego obowiązku – dodaje.
Anna Kasińska, anglistka z Warszawy z kolei wybiera niedzielne nabożeństwa w kościołach akademickich. – Wiem, że duszpasterstwo akademickie jest inne, to jest inny język kazań, inna atmosfera niż w parafialnym kościele, po prostu inny styl, dlatego zawsze kiedy mogę szukam kościoła akademickiego. Czy to będzie kościół w Lublinie, czy Wrocławiu, nabożeństwo poranne czy wieczorne, wiem, że odnajdę w nim to, co jest dla mnie najważniejsze – podobnie myślących jak ja ludzi, wspólnotę duchową.

Kościół nie zabrania

A jendak, nie wszystkim duchownym to jawne odejście od zasady przynależności parafialnej się podoba. Podkreślają rolę parafii, jako podstawowej wspólnoty, w której katolik powinien uczestniczyć, dbać o nią i wspierać. Zwracają uwagę, że „churching” może stać się celem samym w sobie, jako rodzaj ciągłego poszukiwania, ale i zarazem niespełnienia oraz braku satysfakcji z duchowej posługi. Jednak zasady „wolnego rynku usług religijnych” działają i wybór kościoła staje się takim samym dylematem, jak decyzja o wyborze szkoły, studiów, miejsca zamieszkania czy pracy. Bierzemy pod uwagę różne czynniki, badamy rynek i często rezygnujemy z usług parafii, która mamy tuż pod nosem.
Ksiądz Józef Kloch nie widzi w churchingu zagrożenia.
– Istnienie konkurencji zawsze pobudza do lepszej pracy! – mówi z uśmiechem. – Prawda jest taka, że tam, gdzie jest dobra, wartościowa wspólnota parafialna, nie ma potrzeby „churchingu”, bo wierny nie będzie szukał innych kościołów. A dbałość o rozwój duchowy, poszukiwanie pięknej liturgii, mądrych kaznodziejów i środowiska to przecież nie przestępstwo – dodaje.
Faktycznie, nie ma żadnych przepisów kościelnych, które zabraniają churchingu, podobnie jak nie istnieje kanoniczny wymóg chodzenia na msze święte wyłącznie do jednej świątyni. O ile życie sakramentalne związane jest (chociaż z dopuszczeniem wyjątków) z kościołem parafialnym, o tyle niedzielny i świąteczny obowiązek katolik może zrealizować nawet bardzo daleko od domu.
Obecne przepisy dotyczące spełnienia obowiązku niedzielnej Mszy św. zawarte są w kanonie 1248 Kodeksu Prawa Kanonicznego i brzmią w ten sposób: § 1. Nakazowi uczestniczenia we Mszy świętej czyni zadość ten, kto bierze w niej udział, gdziekolwiek jest odprawiana w obrządku katolickim, bądź w sam dzień świąteczny, bądź też wieczorem dnia poprzedzającego.

Religijność wyspecjalizowana

Coraz częściej i chętniej wierni szukają świątyń, w których odbywają się nabożeństwa „specjalistyczne” (np.dla dzieci, młodzieży), szyte na miarę i potrzeby współczesnych katolików.
– Znalezienie naprawdę dobrej mszy dla dzieci jest trudne – mówi Magdalena Kolańczyk, mama 7-letniej Weroniki i 3-letniego Kacperka. – W powszechnej świadomości msza dla dzieci oznacza, że maluchom wolno więcej niż na każdym innym nabożeństwie. Mogą swobodnie poruszać się po kościele, a rodzice nie wysłuchują uwag od innych. Ale przecież chodzi też o to, żeby dzieci mogły uczestniczyć w liturgii, żeby kazanie było dostosowane do ich percepcji, było zrozumiałe dla 5-6-latka. To naprawdę duże wyzwanie dla księdza tak poprowadzić mszę, by okiełznać niesfornych malców i jeszcze zainteresować ich tak, by chciały wrócić następnej niedzieli.
Sam Kościół również wychodzi na przeciw oczekiwaniom wiernych i dostosowuje posługę do zasad wolnego rynku. W Warszawie dominikanie z Kościoła św. Jacka na Starym Mieście „reklamują” mszę o godz. 21.30 jako „ostatnią w mieście”, a mszę o godz. 16 jako specjalną dla spacerowiczów, w której kazanie trwa tylko 10 minut. W Lublinie organizuje się rekolekcje międzynarodowe i last minute, najciekawszą oprawę Pasterki robią dominikanie, a wielkim duchowym przeżyciem jest uczestnictwo w obrzędach Wielkiego Tygodnia na Podhalu.
Do kościoła „chodzi się” też dla konkretnych duchownych. W Warszawie tłoczno jest zawsze tam, gdzie kazania głoszą ks. Piotr Pawlukiewicz i o. Jacek Salij, w Krakowie – o. Andrzej Kłoczowski i ks. Edward Staniek, w Poznaniu – o. Jan Góra, we Wrocławiu – ks. Stanisław Orzechowski, a w Lublinie – ks. Mieczysław Puzewicz.

Moda, odrodzenie czy sezonowa aktywność?

Zjawisko „churchingu” zwolenników ma głównie w wielkich miastach, tam gdzie jest go najłatwiej uprawiać. Oprócz poszukiwań niezwykłych doznań duchowych, stanowi też rodzaj turystyki religijnej, w której wierni poznają specyfikę miejskich kościołów, architekturę i historię.
Najwięcej trudności „churchingowcy” mają we wsiach i małych miasteczkach. Ale nawet w bardzo małych społecznościach zjawisko churchingu się udaje. Księża opowiadają historie, kiedy to niezadowoleni z pełnienia posługi kapłańskiej mieszkańcy wsi, zaczęli tłumnie uczęszczać na nabożeństwa do sąsiedniej, oddalonej nawet o kilka kilometrów parafii.
– Charyzmatyczny, aktywny proboszcz potrafi zjednoczyć społeczność, i do takich właśnie ludzie będą przychodzić– mówi ks. Kloch.
Wielu księży widzi w „churchingu” odrodzenie religijnej aktywności, szczególnie wśród młodych ludzi; przywołują też argumenty o powszechnym wymiarze Kościoła, o jego otwartości i dostosowywaniu się do potrzeb współczesnych katolików. Przeciwnikom zjawiska nie podoba się brak głębszej więzi z podstawową, najbliższą „rodziną religijną”, jaką jest parafia. I choć nikt otwarcie nie potępia „churchingu”, nie wiadomo jakie będą jego losy. Czy stanie się tylko sezonową modą, czy też będzie elementem religijności Polaków, w którym jakość przeżycia duchowego będzie stała ponad terytorialną przynależnością?