Halo! Pogotowie? Zgłaszam wypadek!26 stycznia 2009

halo-pogotowie-zglaszam-wypadek (1)

Nawet dla farmaceutów wezwanie pogotowia oraz udzielenie pomocy poszkodowanym w sytuacji zagrożenia i stresu może okazać się trudnym zadaniem.

– Jedziemy w stronę włoskiego Trentino. Za oknem bajkowo ośnieżone alpejskie szczyty. Raj dla narciarzy, uczta dla oczu! Nagle rozległ się zgrzyt blachy, a potem bum, które wstrząsnęło naszym samochodem. Nie wiem, co się potem działo. Chociaż nawet włos z głowy mi nie spadł, to pamiętam dopiero moment, kiedy siedziałam na jakimś drewnianym słupku, nieznajomy człowiek podawał mi herbatę, a mój mąż niósł apteczkę w kierunku volkswagena garbusa stojącego na samym czole karambolu – wspomina Maria Powierża. – W mojej głowie panicznie trzepotały myśli: trzeba pomóc rannym, trzeba wzywać pogotowie… Ale pod jaki numer dzwonić, pod jaki numer? Nie pamiętam! – kontynuuje pani Maria. – Z perspektywy czasu potrafię zrozumieć, że znalazłam się w szoku, bo każdemu może się to przytrafić. Ale że to mój mąż, elektryk, udzielał pierwszej pomocy, tego przeboleć nie mogę. Przecież od trzydziestu lat pracuję w szpitalu. Jestem pielęgniarką!

Poradzić sobie z paniką

Lekarz ratownictwa medycznego, Michał Kundziołka kwituje przypadek pani Marii krótko: – To zupełnie normalne. Człowiek w silnym szoku – i lekarz, i pielęgniarka, i farmaceuta – albo zdrętwiały siedzi na miejscu i nie może się ruszyć, albo robi głupie rzeczy.
W skrajnych przypadkach szoku nie da się uniknąć. Można natomiast minimalizować jego skutki, by, człowiek choć roztrzęsiony, mógł prawidłowo wezwać pogotowie i udzielić pierwszej pomocy. – Trzeba ćwiczyć zachowanie w takich przypadkach. Dla naszego własnego bezpieczeństwa! I to niezależnie od tego czy ktoś pracuje na co dzień w aptece, czy w biurze – mówi dr Kundziołka i jako przykład podaje Amerykanów, dla których tego typu ćwiczenia wykonywane całą rodziną przed wyruszeniem w podróż nie są niczym dziwnym.
– To społeczeństwo obywatelskie, kierujące się prostą zasadą: zadbaj sam o siebie, dopiero potem licz na innych.
Dlatego wielu Amerykanów zgłasza się na szkolenia w zakresie pierwszej pomocy, by, po pierwsze, umieć pomóc sobie i swoim najbliższym, a po drugie, jako wolontariusze wyjeżdżać na wezwania o pomoc. Czyli działać podobnie jak nasi ratownicy górscy. Sam przeprowadzałem takie szkolenia z żoną i moimi chłopakami. Było sporo zabawy, kiedy ćwiczyliśmy masaż serca i tzw. pozycję bezpieczną (ułożenie np. na prawym boku z podwiniętą lewą nogą i lewą ręką podłożoną z prawej strony pod szyję).
Ratownicy medyczni zachęcają do brania udziału w festynach i innych imprezach, na których bardzo często załogi karetek pogotowia uczą na fantomach podstaw udzielania pierwszej pomocy. Ćwiczą też z chętnymi prawidłowy sposób wzywania pomocy.

Kiedy trzeba pomóc

Wzywanie pogotowia i udzielenie pomocy poszkodowanym w sytuacji stresu to trudne zadanie. – Po pierwsze, trzeba zachować się tak, by nie narazić się na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Bo martwy ratownik to żaden ratownik – dodaje Michał Kundziołka. – Kolejną rzeczą, jaką powinniśmy zrobić na ruchliwej ulicy, to osłonić poszkodowanego własnym samochodem (pamiętajmy o zaciągnięciu hamulca ręcznego i skręceniu kierownicy w kierunku pobocza). Potem włączamy światła awaryjne, reflektorami samochodowymi oświetlamy miejsce zdarzenia i ustawiamy trójkąt ostrzegawczy. Dopiero potem, zakładając gumowe rękawiczki, biegniemy do poszkodowanego. Oceniamy, czy nie zagraża mu jeszcze jakieś dodatkowe niebezpieczeństwo, np. pożar samochodu. Jeśli ranny siedzi w samochodzie, wyłączmy silnik i nie wyciągajmy go stamtąd niepotrzebnie. Jeśli leży na ulicy, układamy go w bezpiecznej pozycji.

Dzwonimy pod 112 lub 999

Ratownicy powtarzają, że najlepiej pomożemy potrzebującym, jeśli zachowamy spokój. Będzie on nam potrzebny, by prawidłowo wezwać na miejsce karetkę pogotowia. – Jednak aby dodzwonić się pod numer alarmowy, trzeba go pamiętać – mówi psycholog Adam Kurkowski. – W sytuacji stresu może nam kompletnie wywietrzeć z głowy. Ta pustka w głowie może się przydarzyć każdemu. Dlatego najlepiej przed wyruszeniem w podróż zapisać go grubym flamastrem w widocznym miejscu. Fakt, że sprawnie odnajdziemy numer telefonu, czyli z powodzeniem wykonamy pierwsze zadanie, pomoże nam odblokować się i sprawniej realizować następne – wyjaśnia Kurowski.
Kiedy już dyspozytor pogotowia podniesie słuchawkę należy:
– wyjaśnić, do jakiego wydarzenia doszło,
– przedstawić się i podać swój numer telefonu,
– jak najdokładniej określić miejsce wypadku,
– opisać, w jakim stanie jest ranny – czy jest przytomny, czy oddycha, czy ma wyczuwalny puls; jeśli to możliwe podać jego personalia, wiek, płeć; spróbować określić, czy zagraża mu jeszcze inne niebezpieczeństwo (np. stoczenie się z samochodem po stromym poboczu),
– dokładnie odpowiadać na pytania dyspozytora,
– czekać na kończące wezwanie potwierdzenie dyspozytora – „wezwanie przyjęte”,
– nie wolno kończyć rozmowy z dyspozytorem jako pierwszy!

Kiedy nam zdarzy się „bum”

– Bądźmy pewni, że ratujący nas ludzie będą w panice – mówi dr Kundziołka. – Dlatego we własnym dobrze pojętym interesie leży, by w naszej apteczce samochodowej znalazły się tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Żadnych nożyczek z ostrymi końcami, tabletek itp. By ludzie idący z pomocą nie wyrządzili nam krzywdy. Znany jest przypadek, że będący w szoku „ratownicy” nafaszerowali rannego kierowcę znalezionymi w jego apteczce tabletkami przeciwbólowymi (wpychali mu je w gardło palcem), po czym dla popitki wlali mu w gardło butelkę jodyny, czym skutecznie wysłali go na tamten świat. Dlatego zadbajmy o siebie i nie pozwólmy innym zrobić sobie krzywdy!