Coehlo niegasnąca gwiazda24 stycznia 2009

Popularny produkt dla masowego klienta wybrzydzają krytycy. Artysta, którego utwory mówią o tym, co w życiu najistotniejsze zachwycają się fani. Mijają lata, a gwiazda Paulo Coehlo nie blaknie.

Właśnie szeroko reklamowana jest jego powieść „Brida”. Napisał ją osiemnaście lat temu, zaraz po „Alchemiku”. Choć oryginalne wówczas tezy dotyczące kobiecego oblicza Boga dziś trącą myszką, to nad Wisłą są doskonałym materiałem na kolejny bestseller.
– Zaczarował mnie „Alchemikiem” – przyznaje Marian Bieniek, dziennikarz, autor recenzji książkowych. – Mijają lata, a ja nie mogę wyzwolić się od tej fascynacji. Denerwuję się, że efekciarz, że idzie po linii najmniejszego oporu, ale dalej czytam.

Słodki drań

Kiedy w Polsce pojawiły się jego książki, poważni krytycy zaczęli się zastanawiać, czy Coehlo jest „prawdziwym” pisarzem. Czy tworzy literaturę, czy też – słowo to ostatnio zyskało pewien rozgłos – literaturkę, dzięki czemu na jego konto regularnie wpływają wielkie pieniądze. Wkrótce jednak porzucili dyskusję uznając, że fenomen twórczości Coehlo jest zjawiskiem pozaliterackim i że więcej do powiedzenia mieliby tu psychologowie i socjologowie, którzy zajmują się kondycją współczesnego człowieka i jego potrzebami. Więcej, nawet jego zagorzali wielbiciele mają świadomość, że ocena jego twórczości dokonana narzędziami krytyczno-literackimi może wypaść dość blado.
– Co do fabuły to mam wahania. Raczej fenomen Paula polega na zawartych w utworach prawdach życiowych – pisze na stronie poświęconej Coehlo admiratorka jego twórczości Margaret.

Buntownik tęskni za zwyczajnym życiem…

Życiorys Paulo Coehlo jest materiałem na pasjonującą książkę, wielka szkoda, że taka nie powstała. Urodził się 50 lat temu w Rio de Janeiro. Jako siedmiolatek trafił do San Ignacio, szkoły prowadzonej przez jezuitów. Nie chciał iść w ślady ojca, który był inżynierem. Bliscy uznali ten bunt za objaw choroby psychicznej. Paulo wylądował w szpitalu psychiatrycznym. Potem było – zdaniem rodziny – jeszcze gorzej, bo związał się z grupą teatralną, próbował sił jako dziennikarz.
Rodzice byli przerażeni – traktowali teatr jako źródło zepsucia. Znów wysłali syna na leczenie. Paulo się jednak upierał, życie w towarzystwie artystów bardziej mu odpowiadało niż w mieszczańskim domu. Poparł go lekarz. Orzekł, że chłopak jest zdrowy, że trzeba go zostawić w spokoju, że musi nauczyć się stawiać czoła życiu. Studiował, ale rzucił naukę na rzecz grupy hippisowskiej. Posmakował wszystkiego, co się z tym wiązało. Dla Raula Seixasa, który zrewolucjonizował brazylijską scenę rockową, napisał około 60 piosenek. Razem z nim wylądował w więzieniu za antypaństwowe, jak uznano, ulotki. Również w towarzystwie Raula został członkiem Stowarzyszenia Alternatywnego, organizacji która sprzeciwiała się ideologii kapitalistycznej, broniła praw jednostki oraz uprawiała czarną magię. Pracował w wytwórniach płytowych, aż wreszcie zapragnął prowadzić „zwyczajne życie”. Kupił maszynę do pisania…

Dla każdego coś dobrego

Andre Malraux stwierdził, że wiek XXI będzie wiekiem religii, duchowości i mistycyzmu. Coehlo jest jednym z tych pisarzy, którzy wzięli sobie jego słowa do serca. Regularnie wydaje książki, w których wszystkie trzy elementy są aż nadto obecne. Jest więc religia – ale nie wiadomo jaka. O to, czy Coehlo może być uznany za pisarza chrześcijańskiego stoczono setki sporów, do porozumienia nie doszło. Bo Coehlo pisze tak, by nikogo nie urazić i by każdy „znalazł coś dla siebie”. Ksiądz Paweł Kozacki na łamach „Tygodnika Powszechnego” mówił o wrażeniach z lektury „Pielgrzyma”, do której gorąco zachęcali go znajomi. – Nie mogli zrozumieć, dlaczego mnie nudzi, skoro autor tyle razy przywołuje Biblię, przytacza słowa Jezusa, mówi o Bogu. (…) Trudno mi było wytłumaczyć, że fakt iż ktoś używa zwrotów należących do słownika religijnego, nie oznacza, że jest chrześcijaninem. Moi rozmówcy nie byli w stanie odróżnić słów Jezusa od falsyfikatów Coelho. Mimo iż autor w wielu fragmentów wykrzywia przesłanie Ewangelii, mieszając je z całkiem niechrześcijańskimi ideami, entuzjaści jego twórczości twierdzili, że lektura przybliżyła ich do Boga – pisał dominikanin.
Podobne wątpliwości mogliby mieć muzułmanie czy buddyści. Coehlo czerpie ze wszystkich religii, zręcznie unikając przy tym konkretów, które mogłyby go narazić na przypisanie do którejś z nich. W jego książkach jest duchowość, ale też – jak w przypadku religii – nie można o niej powiedzieć nic szczególnego. To prawda, że jego bohaterowie są stale „w drodze” – poszukują, chcą się doskonalić… Ale w jaki sposób? Do jakich wartości się odwołują? Jakie mają przemyślenia, jakie wyciągają wnioski z tego, co ich spotyka? Nic. Najbliżej pisarzowi do mistycyzmu, zwłaszcza, jeśli uprościć sprawę i przyjąć założenie, iż uczucie jest ważniejsze niż poznanie, a doświadczenia duchowe, które trudno ubrać w słowa, to szczyt tego, co człowiek może osiągnąć na drodze do ideału.

Uzdrowiciel dusz

Tyle, w dużym skrócie, mówią eksperci. Mimo to, czytelnicy książki Coehlo uwielbiają, a samego pisarza traktują niczym guru. Szybko znalazł on zresztą uznanie wśród redaktorek miesięczników dla kobiet aspirujących do tego, by nie tylko pisać o plotkach z wielkiego świata, dietach i modzie, ale również o duchowości, doskonaleniu i medytacji.
Na internetowych forach poświęconym książkom można przeczytać słowa zachwytu: „Zacząłem czytać »Alchemika« mając dołek… Dużo wcześniej tata namawiał mnie do tej lektury, ale oczywiście nie chciałem. »Alchemik« jest genialnym sposobem podniesienia na duchu”. Albo: „Jedno wiem na pewno – po przeczytaniu każdej z nich (książek Coehlo – przyp. red.) czułam się lepiej, zdobywałam jakąś dziwną siłę, uczucie, że mogę wszystko zrobić i po prostu chciałam być lepsza”. Dlaczego czytelniczka czuła się lepsza? Co sprawiło, że czytelnik został podniesiony na duchu? Można się tylko domyślać.
Coehlo znakomicie wyczuwa potrzeby współczesnego człowieka, wpisujące się w religię, duchowość i mistycyzm, o których mówił Andre Malraux. Tyle tylko, że są to potrzeby uproszczone do wzruszeń, odczuć, sensacji, tajemnicy. Podobny mechanizm zadziałał w przypadku Dona Browna i jego „Kodu Leonarda da Vinci” oraz książek-klonów, które zaraz potem pojawiły się na rynku. Na głębokie studia niewiele osób ma teraz czas i ochotę.
Coehlo daje więc złudzenia, że czytelnik razem z nim odbywa duchową pielgrzymkę, że jest przez niego prowadzony za rękę ku lepszemu „ja”. Daje też złudzenie wejścia do kręgu wtajemniczonych – poważnych czytelników wartościowej literatury.

Złote myśli, czyli jak żyć

Gdyby odrzucić fabuły książek Coehlo, zostałyby… podręczniki. Takie, jakich wiele na księgarskich półkach, np. „Jak być szczęśliwym”, „Jak podążać drogą ku doskonałości”, albo „Jak osiągnąć harmonię ciała i ducha”. Coehlo zręcznie żongluje złotymi myślami, służą mu one jako narzędzie do budowania tego, co wielbiciele jego twórczości nazywają, duchowością.
Ludziom, którzy obawiają się podejmowania wyzwań, pomagają zapewne słowa: „zawsze trzeba podejmować ryzyko; tylko wtedy uda nam się pojąć, jak wielkim cudem jest życie, gdy będziemy gotowi przyjąć niespodzianki, jakie niesie nam los” („Nad brzegiem rzeki Piedry…”). Albo inne: „Statek jest bezpieczniejszy, gdy kotwiczy w porcie, nie po to jednak buduje się statki” („Pielgrzym”). Jest w książkach Coehlo sporo o miłości, która – oczywiście – wszystko zwycięży. Można się dowiedzieć, że „miłość nigdy nie przychodzi po trochu”, że „mędrzec jest mędrcem tylko dlatego, że kocha; zaś głupiec jest głupcem, bo wydaje mu się, że miłość zrozumiał” („Nad brzegiem rzeki Piedry…”), że „kocha się za nic; nie istnieje żaden powód do miłości” („Alchemik”).
Oraz, jak już była mowa, o Bogu. Na przykład o tym, że „ukrył piękno w samym sercu raju, abyśmy nieustannie pozostali czujni i w radosnym stanie łaski nie zapomnieli o potrzebie rygoru” albo, że „mądrość ludzi jest w jego oczach szaleństwem”. Cóż to znaczy? Wszytko i nic. Każdy może sobie wybrać coś dla siebie, powiedzieć, że to kicz i banał lub wpisać przyjaciółce do sztambucha. Albo wreszcie uznać za życiowy drogowskaz. Chłopak, który po przeczytaniu „Alchemika” został podniesiony na duchu usłyszał kiedyś zdanie: „Wiesz na czym polega fenomen tej książki? Na tym, że każdy widzi w niej swoje marzenia”. I jest w tym stwierdzeniu dużo prawdy.