Zakochaj się w Rzymie, czyli miłość od pierwszego zwiedzania14 sierpnia 2013

zakochaj-sie-w-rzymie-czyli-milosc-od-pierwszego-zwiedzania

Nie każdy może się pochwalić wiedzą na temat roku założenia jakiegokolwiek miasta, no może poza datą  powstania rodzinnej miejscowości. Dlatego pękam z dumy, kiedy pasażerowi siedzącemu przy oknie rzucam od niechcenia: 753 rok przed naszą erą! Wkuwałam deklinacje i koniugacje łacińskie, a zapamiętałam … sposób na zapamiętanie: na siedmiu wzgórzach piętrzy się Rzym…

Wystarczyło tylko utrwalić, że to było p.n.e. (koniecznie z kropkami) i towarzyski sukces gwarantowany. Wtedy niestety nie pomyślałam, że warto „liznąć” historii Imperium. Nie siedziałabym teraz zmartwiona, że sąsiad z samolotu, „urzeczony” moją erudycją, zacznie zadawać dodatkowe pytania. Na szczęście nie odzywa się do końca podróży, a jedyne, co go żywo interesuje, to stopień mojego zaawansowania w umiejętności opróżniania luku bagażowego – moja walizka blokuje jego torbę podróżną.

Rzymska wiosna

Rzym, lotnisko Ciampino położone ok. 20 kilometrów od centrum, wiosenne wczesne popołudnie. Na zewnątrz 17 stopni Celsjusza i chce się żyć. Oczy całego świata skierowane są na Wieczne Miasto, a konkretnie na tę jego część, w której położone jest najmniejsze państwo naszego globu. Poinstruowana wcześniej telefonicznie odnajduję autobus w kierunku stacji metra A, które zawiezie mnie kilka przystanków dalej. Tam mam się przesiąść do linii B i wysiąść na stacji Koloseum. Prościzna. Tymczasem człowiek z metrem nieobeznany i nie potrafi zakupić biletu posiadając jedynie „dwudziestaka” w euro, który maszyna wypluwa 50 razy z rzędu. Włoska ekipa placówki opatrzonej wielkich rozmiarów literą „i” rozkłada ręce i krzyczy do mikrofonu: „bileteria, bileteria!”. Tyle to i ja wiem. Wiem, że nie mam „bileteria”. Zdobywam drobne po zakupie batonika w trafice i po 40 minutach od pierwszej konfrontacji z automatem  uderzam, pokonując bramki, do podziemnego pociągu. Szast-prast i docieram na miejsce. Stacja Colosseo mieści się podobno 200 metrów od hotelu, w którym zarezerwowałam nocleg. Otóż to, stacja Colosseo mieści się nie tylko 200 metrów od hotelu, ale najwyżej 100 od … słynnego Koloseum. Kiedy wyłaniam się z podziemi, niemal zderzam się z legendą. To jest WIELKIE, imponujące i niewiarygodnie … posunięte w latach!!! Biada budowniczym współczesnych blokowisk! Z zapartym wciąż tchem zmierzam do hotelu i kiedy po 3-minutowym spacerze odnajduję właściwy adres, prawie płaczę ze szczęścia – za plecami mam Forum Romanum z Kurią, pępkiem świata, ruinami świątyni Kastora i Polluksa, łukiem tryumfalnym i mnóstwem innych budowli, lepiej lub gorzej potraktowanych przez czas i hordy najeźdźców.  Z okna pokoju widzę Palatyn z ruinami Domu Augusta. Żałuję, że nie potrafię rozpoznać większości z otaczających mnie obiektów. I skąd ich tu tyle? Według mojej „wiedzy” Rzym to przecież Koloseum, Watykan, Panteon, Ołtarz Narodów, schody hiszpańskie, fontanna di Trevi oraz ogrody i kompleks rezydencji Borgiów. Ze specjalnej mapy dostępnej w hotelu wynika jednak, że do obejrzenia jest co najmniej kilkadziesiąt miejsc i obiektów!!! Zakładam, że ta mapa to nie jest dokładny rozkład atrakcji stolicy Włoch i już wiem, że mój czterodniowy pobyt to zdecydowanie za krótko na choćby pobieżny ogląd części. No i teraz mam za swoje, bo zemściły się na mnie: hucpa początkującego turysty, hołdowanie stereotypom, brak doświadczenia i niechęć do wszelkich pisemnych informatorów. Dopóki nie kupię polskojęzycznego przewodnika, pozostaje mi postawić na świeżo upolowaną mapę,  intuicję, smartfonowego „suflera” oraz podążanie za grupami zorganizowanymi w myśl zasady, że tam, gdzie tłuszcza zmierza lub też się gromadzi,  tam z pewnością jest na co popatrzeć. O chwała japońskim wycieczkom!

Szkoda czasu, więc wyruszam jeszcze tego samego popołudnia. Po drodze kupuję informator wydany w języku polskim, a także bilet do Forum Romanum. Klucząc pośród ruin, docieram do Koloseum, którego wnętrze zaskakuje mnie swoim ogromem. Odkrywam też, że ten gigant składał się z kilku „warstw”, pomyślanych i zbudowanych tak, by uniknąć tłoku przy wychodzeniu publiki z amfiteatru. Kolejny  azymut – Kapitol, gdzie zamierzam zobaczyć pomnik Marka Aureliusza, posąg słynnej wilczycy, która wykarmiła Romulusa i Remusa oraz odnaleźć ducha renesansu w dziełach rąk Michała Anioła.  Znajdujący się w pobliżu, bo na Piazza Venezia, Pałac Wenecki i pomnik króla Wiktora Emanuela II, zwany też Ołtarzem Narodu, to kolejne punkty programu. Potężnych rozmiarów  figura władcy siedzącego na koniu wzbudza respekt, jednak to właśnie ten król został pierwszym władcą zjednoczonych Włoch i to jego nazywa się ojcem narodu odpowiedzialnym za stworzenie jednorodnego państwa z  kilku mniejszych księstw i królestw Półwyspu Apenińskiego oraz sąsiednich wysp. W drodze do Via del Corso, którą zawsze „kupowałam” w dzieciństwie grając w Monopol, rzucam okiem na fora Trajana i Augusta oraz odbijam na Area Sacra, gdzie znajdował się Teatr Pompejusza. Tu być może wciąż unosi się duch zasztyletowanego w kurii pompejańskiej Juliusza Cezara, który zginął m.in. z rąk Brutusa i Kasjusza, inicjatorów spisku przeciwko imperatorowi. Z opisów wynika, że teatr był imponujących rozmiarów, a została po nim zaledwie garstka kamiennych bloków i kilka kolumienek. Chwila zadumy nad losem wielkich i czas wracać do rzymskiej marszruty. Via del Corso to ulica, na której można podziwiać witryny sklepów z drogimi ubraniami, biżuterią czy gadżetami i – choć jest późny niedzielny wieczór – wiele z nich pozostaje otwartych.  Dla mnie to tym razem  jedynie droga do kolejnego wyznaczonego punktu – fontanny di Trevi. Zakupy? Następnym razem. Po drodze mijam urokliwe uliczki i budowle, które wyglądają na wiekowe i choć nie znam ich nazw, podziwiam i przy niektórych zatrzymuję się na krótką chwilę. Już z daleka słychać gwar na Piazza di Trevi, chociaż jest grubo po 21. Fontannę znam m.in. ze „Słodkiego życia” Felliniego i wygląda na to, że od czasu, kiedy kąpała się w niej Anita Ekberg jako filmowa Sylvia, nic się nie zmieniło. Oczywiście wciąż obowiązuje tu bezwzględny zakaz pluskania się. Fontanna jest wielka, przepiękna, zapierająca dech w piersi, bogato zdobiona, doskonale oświetlona, po prostu chce się tu stać i patrzeć, i podziwiać, i zatrzymać chwilę. Wygląda na to, że wszyscy pozostali są tego samego zdania, bo choć tkwię tu ponad godzinę, ludu nie ubywa, a do fontanny trafiają kolejne monety. Z ociąganiem ruszam w stronę Piazza di Spagna i sławetnych Schodów Hiszpańskich. Ruch jest zadziwiająco duży, chociaż zbliża się 23. Docieram na miejsce i dosiadam się do dziesiątek, jeśli nie setek osób tkwiących na marmurowych stopniach. Szkoda, że nie w najbliższych dniach, a dopiero pod koniec marca odbędzie się tu Festa della Primavera, czyli święto wiosny, podczas którego wszystko tu będzie tonąć w kwiatach. Na pierwszy rzut oka schody nie wydają się tak imponujące, jak się spodziewałam. O tym, jak są wysokie i sprytnie ukrywają swoje zawijasy, mam się przekonać dopiero za trzy dni, gdy będę się po nich wspinać w świetle dziennym. Tymczasem odpoczywam na chłodnych jeszcze stopniach i spoglądam to na piękną fontannę autorstwa Pietra i Giovanniego Berninich, przedstawiającą do połowy zatopioną łódź, to na znajdujący się za moimi plecami kościół Świętej Trójcy. Jak na jeden dzień to naprawdę sporo wrażeń. Chociaż jest bardzo późno, w drodze powrotnej wypijam pyszną kawę – tym razem americano, bo po pierwsze jest niemal środek nocy, a po drugie mieszanka espresso i doznań estetycznych mogłaby mnie nawet uśmiercić. Jutro tez jest dzień.

Na podbój Watykanu

Po nieciekawym i niewłoskim hotelowym śniadaniu „pod niemieckiego turystę” (Włosi nie jadają rano treściwych posiłków, a jedynie słodkie co nieco popijane mocną kawą) wyruszam na podbój Stolicy Piotrowej. Docelowy przystanek metra znajduje się kilkaset metrów od „granicy” państwa watykańskiego. Wybieram się na Plac Świętego Piotra i do Bazyliki. To niezwykłe miejsce – nie tylko dla katolików. Wśród zwiedzających można dostrzec przedstawicieli różnych kultur i religii. Watykan to przecież przepiękna architektura, arcydzieła sztuki malarskiej i rzeźbiarskiej oraz po prostu najmniejsze państwo świata mieszczące się w stolicy innego państwa. Zwiedzanie zaczyna się już od barokowej fasady budynku, a poznawanie wnętrza Bazyliki to kontemplowanie w ciszy arcydzieł sztuki, głównie sakralnej. Pieta Michała Anioła, przedstawiająca bolejącą Marię nad zdjętym z krzyża Jezusem, strzelisty i wysoki na kilka metrów ołtarz papieski z baldachimem z brązu oraz ołtarz katedralny Świętego Piotra z figurami świętych i tronem – oba autorstwa Berniniego, rozliczne witraże, freski czy posągi – to tylko niewielka część tego, co można zobaczyć. Zaskakuje mnie powiew swoistego feminizmu w tym miejscu, bo nie mogę się nadziwić, jak wiele kobiet uczczono posągami umieszczonymi wewnątrz Bazyliki. W każdej z tutejszych kaplic można i warto spędzić co najmniej kilkanaście minut. Do tego Groty Watykańskie i grób Jana Pawła II oraz wjazd na kopułę. To już kilka godzin, więc bogate muzea watykańskie z żalem zostawiam sobie na kolejną wizytę w Rzymie.  Podobno na ich zwiedzenie i pobieżny zaledwie ogląd eksponatów jeden dzień to zdecydowanie za mało. Z Watykanu zmierzam do Zamku Anioła, monumentalnej budowli , która znajduje się po tej samej stronie Tybru. Budowla swoje początki ma w I połowie II wieku naszej ery i początkowo służyła cesarzowi Hadrianowi, jego rodzinie i kolejnym pokoleniom jako rodzinne mauzoleum, później pełniła funkcje penitencjarne, obronne, a także stanowiła schronienie dla dostojników kościelnych podczas najazdów „niewiernych” na Stolicę Apostolską. Od II połowy XIII wieku Watykan z Zamkiem Anioła łączy bowiem tajny korytarz, którym w razie zagrożenia można było salwować się ucieczką. Zamek zwiedza się idąc „serpentynami” aż do ostatniej kondygnacji, na której znajduje się taras widokowy z piękną panoramą Watykanu.  Można stąd zobaczyć Most Anioła czy Pałac Sprawiedliwości. Wnętrza zamku są dość surowe, bez przepychu i na pierwszy rzut oka widać, że nie powstał, by cieszyć oko. Nad zamkiem góruje rzeźba anioła z mieczem, która sprawia, że z tego miejsca naprawdę wieje chłodem. A może to kwestia załamania pogody? Zanim pięknym Mostem Anioła przedostanę się na drugą stronę rzymskiej rzeki, rzucam okiem na Pałac Sprawiedliwości przy Piazza Cavour i pomnik – jak podpowiada mi mądry przewodnik – jednego z współtwórców zjednoczenia Włoch, Camillo Cavoura.

Na dziś koniec, bo nie samym zwiedzaniem człowiek żyje. Posiłek w restauracji w centrum Rzymu to jedna z planowanych atrakcji. Pysznie, ale dość kosztownie. Przy okazji dowiaduję się, że bruschetta to nie tylko zapiekana bułka z pomidorem w ostkę, oliwą, czosnkiem i bazylią. Antipasto, które zamawiam jako rzeczoną bruschettę, to rozprowadzone na ciepłych grzankach pasta z czarnych oliwek oraz pasta z przyprawionego na kwaśno bakłażana. A pizza smakuje tu bosko, choć za cenę tej jednej w przyzwoitej polskiej restauracji można by zjeść ze trzy średnie lub dwie duże. Zauważam, że tutejsi (łatwo ich rozpoznać po nonszalanckim stosunku do mijanych zabytków) posilają się panini i ciabatami lub pizzą na wynos, które można kupić od ręki w każdym sklepiku lub kafejce. Takich punktów gastronomicznych nie trzeba w Rzymie szukać, bo zdają się przemieszczać za przemierzającym miasto. Będę się tak żywić podczas wędrówek po mieście, a na jutrzejszą, ostatnią rzymską kolację znajdę jakąś miłą, włoską knajpkę. Na koniec kawa i do hotelu na zasłużony odpoczynek.

Panteon, place i fontanny Rzymu

Kolejny dzień zwiedzania to mniej sacrum, a więcej profanum. Na pierwszy ogień idzie Panteon, któremu to nie pisane było w ogniu zniknąć na wieki ani zostać zniszczonym jako miejsce kultu pogańskiego. Ten najlepiej zachowany obiekt historią sięgający antyku po niemal całkowitym zniszczeniu w I w n.e. został odbudowany w I połowie II wieku. Gdyby nie to, że został w odpowiednim momencie przekazany papieżowi i zamieniony na kościół chrześcijański, ani chybi byłby zrównany z ziemią. Powstał przecież jako miejsce, w którym czczono wszystkich bogów. Nazwa budowli „spopularyzowała” się i zaadaptowała w wielu językach jako określenie zbioru znakomitości, najczęściej sław, w jednym miejscu. Losy Panteonu były naprawdę burzliwe, bo budynek pełnił funkcję świątyni starożytnych bogów, fortecy, kościoła. Obecnie odprawia się tu nabożeństwa w obrządku katolickim. Jest też miejscem pochówku m.in. Wiktora Emanuela II oraz Rafaela Santiego. Ten ostatni zajmował się renowacją budowli w XVI wieku. Jak udaje mi się usłyszeć z ust przewodnika anglojęzycznej wycieczki, Panteon powstał bez żadnych zbrojeń podobnych tym stosowanym przez nowożytne budownictwo. Stoi wieki całe i trzyma się dzięki wiedzy starożytnych i średniowiecznych architektów, wiedzy graniczącej chyba z tajemną. Kiedy unoszę głowę, zauważam, że w sklepieniu Panteonu jest otwór, przez który wpada do środka światło słoneczne, a w deszczowe dni wlewa się tu również woda. Jak doczytuję w przewodniku, posadzka jest tak zaprojektowana, że deszczówka baz problemu odpływa z budynku. I po raz kolejny myślę o współczesnych blokowiskach…

Z Panteonu udaje się na Piazza Navona. Wielki, przestrzenny, gwarny i szczycący się trema pięknymi fontannami – Czterech Rzek (autorstwa Berniniego), Neptuna oraz Maura. Na Piazza Navona wystarczy usiąść i wsłuchać się w szum wody i gwar rozmów w wielu językach, a usta same rozciągają się w uśmiechu. Z Placu Navony  kieruję się na pobliskie Campo de Fiori. Wiersz Miłosza o tym tytule pamiętam z egzaminu maturalnego, dlatego z sentymentem spoglądam na pomnik Giordano Bruno. Ponieważ zwiedzane zaczynam wczesnym rankiem, mam czas na spacer uliczkami Rzymu. W drodze do Piazza del Popolo i Villa Borghese całkiem przypadkiem znajduję fontannę z żółwiami – delle Tartarughe, umiejscowioną na dość małym placu, pomiędzy niepozornymi kamieniczkami. Kiedy Via del Corso docieram do Piazza del Popolo, zaczynam rozumieć, dlaczego warto to miejsce odwiedzić. Na środku stoi wielki obelisk, wokół którego pysznią się figury lwów. Plac jest ogromny, a wokół niego znajduje się kilka okazałych budynków, w tym dwa bliźniaczo wyglądające kościoły.

Przemierzywszy „plac ludu”, udaje się do położonych tuż obok ogrodów Borgiów oraz do Villa Borghese. Wysypanymi białym kamieniem alejkami można tu chodzić cały dzień, spacerując pośród rzeźb, posągów i popiersi sławnych Włochów oraz fontann i zadbanej,  bujnej roślinności. W tutejszym kompleksie znajduje się ogród zoologiczny Bioparco. W parku spędzam kilka przyjemnie leniwych godzin, tym wspanialszych, że pogoda dopisuje, a prowiantu wystarczyłoby mi na dwudniowy piknik. Nie wracam do Piazza del Popolo, lecz zmierzam w kierunku Via Veneto, uwiecznionej przez Felliniego w „Słodkim życiu”. Po drodze oczywiście włoskie espresso w jednej z urokliwych, choć nieziemsko drogich kafejek. W drodze do przystanku metra podziwiam jeszcze fontannę Trytona na Piazza Barberini. Przepełniona wrażeniami z całego dnia kończę go przepyszną kolacją w Taverna Romana przy położonej nieopodal hotelu Via Rodi. Świetne carpaccio wołowe, pyszne rigatoni (makaron rurki) z sosem przypominającym nieco znany u nas boloński oraz bardzo dobre, „bezkartkowe” wino z własnej piwniczki. Na koniec sorbet oraz obowiązkowa kawa. Rachunek nie przeraża, więc miejscówka jest warta polecenia. Trzeba dodać, że na miejsce w Tavernie czeka się w kolejce na zewnątrz, ponieważ lokal ma zaledwie kilka stolików. Tą pyszna kolacją kończy się moja pierwsza i nie ostatnia, mam nadzieję, wizyta w Rzymie. Jutro przed południem muszę być na lotnisku, a jeszcze zamierzam kupić kilka pamiątek, więc to jest ostatni spacer po okolicy. Przechadzam się wzdłuż pięknie oświetlonego Forum Romanum i niespiesznie docieram do Koloseum. Kilka nocnych zdjęć i czas wracać do hotelu. Trudno mi zasnąć, bo czuję niedosyt. Tyle jeszcze miejsc do zobaczenia, a czas przeznaczony na zwiedzanie dobiegł końca….

Rano jest już nieco lepiej, bo w głowie mam już pomysł na kolejne wizyty, a najbliższą planuję odbyć jeszcze w tym roku. W drodze na lotnisko postanawiam rozpocząć naukę włoskiego i zgłębić wiedze na temat Rzymu. Wieczne Miasto urzekło mnie, uwiodło i rozkochało w sobie, więc cóż dziwnego, że chcę bliżej poznać moją nową miłość ?

Prześlij dalej