Relacje międzyludzkie, czyli chemia między nami8 marca 2013

relacje-miedzyludzkie-czyli-chemia-miedzy-nami

Relacje między ludźmi muszą być bardzo skomplikowane i tajemnicze, skoro tak uparcie próbujemy je upraszczać. Spójrzmy na takie określenia, jak „chemia” czy „iskrzenie” między ludźmi, jak „płomienne uczucia”, „napięcie w relacjach” itp. Gdyby naprawdę chodziło o chemię, iskry, ogień czy napięcie, do poradzenia sobie w kłopotach wystarczałaby gaśnica, smar bądź odgromnik! Najwyraźniej jednak nasza chemia jest bardziej złożona i niezupełnie „chemiczna” – i o tym właśnie będzie mowa w artykule.

Aby odnaleźć „chemię” w aptece gdzieś indziej, niż w szufladzie z lekami, musimy jednak na początek nieco szerzej ją zdefiniować. Poradniki psychologiczne i internetowe fora „chemię” odnajdują wyłącznie w relacjach damsko-męskich. Tutaj zaś „chemia” oznaczać będzie to, co „przepływa” między ludźmi w różnych, niekoniecznie intymnych relacjach. Spójrzmy, jak można rozumieć ów przepływ:

  • „Chemia” jako… chemia (rozumienie dosłowne). Adepci dyscyplin takich jak endokrynologia prowadzą badania nad rozmaitymi substancjami krążącymi w i między naszymi ciałami. Mamy tu z jednej strony wewnętrzną grę hormonów i neurotransmiterów, z drugiej zewnętrzną grę feromonów. O ile badania hormonów pozwoliły już nieźle rozpoznać z grubsza ich znaczenie dla naszych emocji, w sprawie feromonów wciąż więcej jest domysłów.
  • Chemia” jako… metafora. Mówimy „jest chemia” albo „nie ma chemii”, gdy chcemy powiedzieć, że nastąpił (lub nie) ów tajemny przepływ decydujący, czy się z kimś polubimy, czy wręcz przeciwnie – np. czy pacjent wywoła w nas odruch sympatii, czy też obudzi złość lub politowanie. Wyraz „chemia” pochodzi z greki, gdzie chýma oznacza „płyn” – stąd właśnie skojarzenie z przepływem. A jest on „tajemny”, bo albo nie ma tu konkretnego czynnika, albo jest ich zbyt wiele: wygląd, gesty, mina, brzmienie głosu, zapach (a jakże!), stan umysłu, okoliczności przyrody – wszystko może się liczyć!
    Wprawdzie artykuły na temat „chemii międzyludzkiej” w pracy próbują nieraz sprowadzić tę „chemię” do jakiejś prostej zasady, np. do podobieństwa, wystarczy  jednak chwila wspomnień,by dostrzec, że nie wszystkie podobieństwa się przyciągają.

Większość badaczy chemicznej strony życia traktuje nas jak zakładników feromonów i hormonów. To chemia nami rządzi, nie my chemią! Jeśli więc chcemy odzyskać godność i kontrolę, potrzeba innego poglądu i badań prowadzonych „w drugą stronę”, tj. śledzących wpływ umysłu na pracę mózgu i ciała wraz z jego chemią. Na szczęście badania takie są w toku i dostarczają coraz więcej argumentów na rzecz bardziej optymistycznego spojrzenia na relację umysłu i ciała.

Zdaniem amerykańskiego badacza świadomości Kena Wilbera każde wydarzenie ma swoją stronę wewnętrzną i zewnętrzną. Strona wewnętrzna to nasze odczucia, emocje, wyobrażenia i myśli. Poznajemy je wyłącznie od wewnątrz, „okiem umysłu” albo „kontemplacji” i żaden tomograf nigdy nie zobaczy ich tak jak my. A hormony, neurotransmitery, neurony i synapsy to strona zewnętrzna stanów umysłu.

Choć nauka rejestruje ich obecność, to przecież od środka ich nie widać. Wilber przekonuje: nie ma powodu by uznawać, że tylko to, co zewnętrzne jest realne czy istotne. Zamiast dawać pierwszeństwo materii i chemii, uznajmy obustronny związek środka i zewnętrza, i zobaczmy, co nam to da.

 

Weźmy na tapetę trzy hormony i trzy odpowiadające im stany umysłu.

  1. Adrenalina, patrząc od wewnątrz, to siła – jej zastrzyk umożliwia przecież szybkie i sprawne działanie, uwalnia bowiem zasoby energetyczne, ułatwia oddychanie, zwiększa czujność itd. Jeśli jednak nie będzie nad nią kontroli, siła zamieni się w agresję, przemoc i destrukcję. W trybie adrenalinowym trudno budować dobre relacje a o relaksie w ogóle nie ma mowy. Z pomocą musi nam przyjść hormon numer
  2. oksytocyna – wiązana głównie z akcją porodową i z karmieniem piersią. Oksytocyna występuje jednak u obu płci, sprzyja zakochaniu i budowaniu zaufania – czuły dotyk i dobre słowo zwiększają jej poziom. Oksytocyna oglądana od wewnątrz to wrażliwość. Gdy wystąpi w równowadze z pozostałymi „zasobami”, zmieni się w czułość i empatię, sprzyjając zrównoważonym relacjom oraz np. niesieniu skutecznej pomocy. Gdy jednak nie będzie zintegrowana z siłą – staniemy się słabi, uzależnieni i podatni na cierpienie. Na szczęście jest jeszcze hormonalna mieszanka numer
  3. endorfiny, które wywołują doskonałe samopoczucie oraz odpowiadają za stany euforyczne. Tłumią jednocześnie odczuwanie bólu i odrętwienia. Endorfiny „od środka” to humor – to on pozwala nam się dystansować do sytuacji, nie przejmować kłopotami, ignorować ból i zagrożenia. Gdy towarzyszą mu dwa pozostałe zasoby, zamienia się w kreatywność i radość, pozwala cieszyć się życiem, nawet jeśli nie wszystko jest idealnie. Gdy jednak nie towarzyszy mu siła i wrażliwość, łatwo przechodzi w ironię, brak powagi, cynizm i powierzchowność.

 

Dostrzec codzienną grę tych „zasobów” to znaleźć sposób na zarządzanie naszą wewnętrzną i międzyludzką „chemią”. Zamiast jej ulegać, możemy teraz zaprząc ją do pracy na rzecz dobrych relacji oraz efektywnego radzenia sobie z problemami.

Zalecenie jest naprawdę proste: obserwuj, w którym trybie działasz, ustal, którego zasobu lub zasobów Ci brakuje, potem uzupełnij ten brak. Każdy przecież zna jakieś sposoby mobilizowania sił, zwiększania wrażliwości czy rozweselania się. Chodzi teraz o to, żeby wyjąć je spod kontroli „autopilota” i włączać wtedy, gdy są potrzebne. (Ten rodzaj zarządzania sobą nazywamy „pozytywnym egoizmem” i trenujemy na specjalnych warsztatach – zob. www.projektegoistka.pl).

W zwykłym trybie działamy tak: śmiejemy się, gdy jest nam wesoło; przypominamy sobie smutne rzeczy, czy coś sprawiło nam przykrość; wypełniamy głowę nienawistnymi obrazami, gdy się na kogoś złościmy… W pozytywnym egoizmie wykorzystujemy wewnętrzną energię do sterowania chemią za pomocą woli: zabawne wspomnienie w chwili strachu, troska wobec kogoś, kto nas irytuje, chwila ruchu zamiast ucieczki przed kłopotami w alkohol czy telenowelę.

 

Praktyczna rada: na ogół łatwiej nam wpłynąć na ruchy ciała niż na stan umysłu czy same hormony – ruch i postawa ciała natomiast zwrotnie wpływają na stan emocjonalny. Wiedząc to możemy dodać sobie odwagi, przyjmując zdecydowaną, „krzepką” pozycję, zamiast się kulić, gdy napotkamy atak złości. Możemy zwiększyć dystans do problemu za pomocą chwili jogi i głębokiego oddechu albo po prostu fundując sobie minutę cichego, wymuszonego śmiechu na zapleczu… W chwili złości możemy odzyskać wrażliwość, jeśli np. celowo przywołamy wzruszające wspomnienie albo zadamy sobie w myśli pytanie w rodzaju: „Czy chcę się złościć, skoro moja złość szkodzi głównie mnie?” (jest takie powiedzenie: „Złościć się to pić samemu truciznę i liczyć, że struje się nią ktoś inny”).

 

Zachęcam do kreatywnego poszukiwania własnych metod. Podstawą jest kontrolowanie swojego stanu wewnętrznego, a następnie… stosowanie wewnętrznej woli i dyscypliny. No i oczywiście ta nielubiana przez nas mantra dyscypliny: trening, trening, trening…

 

 

Prześlij dalej