Kolacyjka w klubie25 marca 2012

kolacyjka-w-klubie

Odwieczne pytanie, gdzie spędzić weekendowy wieczór znów wraca niczym bumerang? Rozejrzyj się dobrze, bo rozwiązanie może kryć się tuż za rogiem – u sąsiadów, na tym samym osiedlu lub kilka przecznic dalej. Witaj w mikroświecie klubów kolacyjnych!

Znawcy przedmiotu dopatrują się początków tzw. supper clubs we Włoszech. Na przełomie XIX i XX wieku drastycznie rosnące ceny zmusiły przyzwyczajonych do stołowania się w restauracjach Włochów do zejścia do podziemia i… urządzania minirestauracji we własnych domach. Inni jako kraj pochodzenia tej smakowitej idei wskazują Stany Zjednoczone czy Wielką Brytanię, gdzie tego typu zjawisko zwykło się określać mianem undergroundowej restauracji. Gdy recenzenci takich pism jak „The Times” czy „The Guardian” zaczęli zachwalać potrawy serwowane w klubach kolacyjnych, dla owych przybytków rozpoczęła się prawdziwie złota epoka. Pomysłodawcy najpopularniejszych z nich często prowadzą już swoje tradycyjne restauracje, a cała idea wydaje się ewoluować w przeróżnych kierunkach. W Londynie powstał pierwszy klub, z którego dochody przeznaczane są wyłącznie na cele charytatywne, w Warszawie z kolei działalność niedawno rozpoczął Kulturalny Klub Kolacyjny, w którym główną rolę poza jedzeniem odgrywa również dyskusja o nowych trendach w sztuce.

Przepis na udane spotkanie

Ideą klasycznego klubu kolacyjnego jest zebranie przy domowym stole grupy nieznajomych, których łączy zamiłowanie do kuchni przez duże K i dla których czas spędzony na rozmowach nigdy nie jest zmarnowany. Gospodarz na ten jeden wieczór staje się szefem kuchni, swoje własne mieszkanie przekształcając w tajemną restaurację. Aby z własnego domu wyczarować anty-restaurację (kolejne z określeń klubu kolacyjnego!) nie potrzeba wiele. Ze względu na kameralność spotkań wystarczy duży stół, na ok. 8-12 krzeseł, pomysł na hasło przewodnie wieczoru (najczęściej to motyw sezonowych owoców i warzyw albo podróż po kuchniach świata) i rzecz najważniejsza – umiejętność przyrządzenia zaplanowanych w menu potraw. Do gotowania we własnym domu nie będzie nam niezbędny dyplom kucharza. Zdecydowana większość osób decydujących się na organizację otwartych kolacji gotuje tylko i wyłącznie według własnej szkoły. W potrawach często pojawiają się inspiracje ze starych książek kucharskich, odnalezionych przepisów prababci czy niestandardowe połączenia smaków z różnych stron świata. Przeszkodą może być jedynie utrudniony dostęp do tych najbardziej egzotycznych produktów. Niewiele jest jednak w stanie powstrzymać domowych mistrzów kuchni. Własnymi sposobami docierają do hurtowni, nawiązują kontakty z drobnymi wytwórcami żywności, winnicami, skoro świt ruszają w miejski labirynt po najświeższe produkty – bynajmniej nie pochodzenia miejskiego. W ten sposób powstają m.in. bliny z kawiorem i śmietaną czy zupa rybna z borowikami (menu warszawskiego klubu „Latający Talerz”).

Co, gdzie, kiedy?

W zasadzie każde duże miasto w Polsce może pochwalić się kilkoma klubami kolacyjnymi. O tym, co i kiedy jest w nich serwowane, najlepiej i najłatwiej dowiadywać się z internecie. Gospodarze prowadzący kluby bardzo często prowadzą blogi lub profile na portalach społecznościowych. Atmosferę tajemniczości podsyca ujawnianie daty i menu na kilka dni przed właściwym spotkaniem. Aby zapisać się na taką ekskluzywną przyjemność wystarczy wysłać maila. Jeśli jesteśmy alergikami lub wegetarianami warto uprzedzić organizatorów o tym fakcie – wówczas przygotują dla nas odpowiedni zamiennik. Na kolację najczęściej można zabrać własną butelkę wina, by mieć pewność, że obok pobudzających kubki smakowe potraw stoi nasza ulubiona lampka wytrawnego trunku. Kluby opierają się na zasadzie kolacji składkowej: przy ogłaszaniu tematu kulinarnego spotkania pojawia się jego cena na osobę. Za czterodaniowy posiłek zapłacimy od 80 do 160 zł (cena waha się w zależności od miasta, bogactwa menu i miejsca – czasem pomysłodawcy kolacji wynajmują na ten cel niedostępne dla ogółu przestrzenie, takie jak dachy czy postindustrialne wnętrza).

Siadamy do stołu

Najczęściej na spotkanie można przyjść tylko z jedną osobą towarzyszącą – poza ucztą dla podniebienia takie wieczory to również uczty towarzyskie. Ich ideą jest zebranie ludzi gotowych na delektowanie się nowymi potrawami oraz zawarcie nowych znajomości (chociaż bywa, że niespodziewanie przy jednym stole siadają starzy znajomi). W otoczeniu urzekających zapachów i smaków łatwiej przełamywać pierwsze lody. Idąc do restauracji nie przywykliśmy dosiadać się do nieznajomych. Nowe miejsce, potrawy, ludzie, wszystko owiane dreszczykiem niepewności do samego końca – czy to może się udać? Twórcy jednodniowych restauracji zapewniają, że nie spotkali się jeszcze z niezadowolonymi gośćmi, a znajomości zawarte podczas wieczornej uczty potrafią przetrwać o wiele dłużej niż jedno popołudnie.

Prześlij dalej