Zieloni bojownicy28 listopada 2011

zieloni-bojownicy

Poligonem działań ogrodników-partyzantów stają się opuszczone kwietniki, zaniedbane trawniki, zdewastowane klomby. Ich bronią są sadzonki i nasiona. Celem – walka z betonowym krajobrazem współczesnych miejskich blokowisk.

19 czerwca 1932 roku na warszawskim Żoliborzu grupa dzieci zasadziła kilkadziesiąt drzewek. Niemal 80 lat później do tamtej akcji chcą nawiązać młodzi mieszkańcy Żoliborza, którym nieobojętne jest jak wygląda przestrzeń, w której żyją. Chcą zachęcić sąsiadów do tego, by wspólnie, własnymi siłami, ukwiecili najbardziej zaniedbane przestrzenie swojej dzielnicy. „Żolibuh – Warszawa w kwiatach” to akcja, która ma zwrócić uwagę na potencjał otaczającej nas przestrzeni. Z pozoru niczyjej, opuszczonej, pomijanej, którą przy wspólnym wkładzie można zawłaszczyć, współkreować – tłumaczy Kwiatek – organizator akcji, na co dzień warszawski artysta i działacz streetartowy, który od lat na własną rękę stara się „uzieleniać” miejską przestrzeń. Najczęściej nielegalnie. Jak większość działaczy ruchu nazywanego Guerilla Gardening.

Jukka kontra beton
Partyzanckie sadzenie roślin to zjawisko ogólnoświatowe. Zieloni bojownicy działają najczęściej w grupie, pod osłoną nocy. Sadzą, pielą i podlewają. Kwiaty, krzewy i małe drzewka trafiają do ziemi. Cała akcja kończy się chwilę po północy. Ogrodnicy – partyzanci znikają w mroku pozostawiając świeżo obsadzone klomby ich własnemu losowi. Najczęściej ich działanie spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem ze strony okolicznych mieszkańców. To właśnie oni – lokalni sympatycy ruchu, którzy często przyłączają się spontanicznie do akcji już podczas sadzenia roślinek, przejmują opiekę nad dziełem partyzantów. Przywódcą zielonych bojowników jest Brytyjczyk Richard Reynolds – na co dzień pracownik firmy reklamowej. Richards zajął się ogrodniczo wywrotową działalnością kilka lata temu, gdy przeprowadził się na blokowisko w Południowym Londynie, którego ozdobą były jedynie puste betonowe donice. Postanowił działać. Okazało się, że udało mu się do akcji wciągnąć także innych pasjonatów ogrodnictwa. Reynolds i jego współpracownicy wychodzą z założenia „mniej biurokracji – większy efekt”. Nie czekają na ospałe działania miejski władz i biorą się za dekorowanie najbliższej okolicy samemu. Działają przede wszystkim w Londynie. Mają jednak coraz więcej naśladowców w całym kraju. Zaliczyli kilkanaście udanych akcji. Choć Reynolds i jego kompanii działają nie do końca zgodnie z prawem – nie mają pozwoleń na wprowadzani zmian w miejskim pejzażu – rzadko odczuwają wrogość ze strony władz. Na stronie internetowej opisują swoje dokonania, umawiają się na kolejne „sadzenia”. Czasami zgłaszają się do nich właściciele roślin, które stają się zbyt duże, by hodować je w domu. Bezpańska jukka czy rododendron trafia wtedy na któryś z opuszczonych klombów i od tej pory ozdabia ulice. Samego terminu „Guerilla Gardening” jako pierwsza użyła jednak na początku lat 70. Liz Christy, która wraz z grupą Green Guerilla zaczęła „zazieleniać” okolice Bowery Street na nowojorskim Manhattanie, a w końcu obsadziła całą pustą działkę, zamieniając ją w prawdziwy ogród istniejący do dziś.

Żoliborscy partyzanci
W Polsce samowolka ogrodnicza ma długą tradycję. Od lat na przyblokowych trawnikach ktoś coś sadzi, pieli, dba o zieloność. Szczególnie jest to widoczne na starych osiedlach. Na nowych o zieleni jakoś się zapomina. Kwiatek od kilku lat stara się uzieleniać przestrzeń wokół siebie. Razem z żoną powołali do życia projekt Kviatuchi – zaczęli od sadzenia kwiatków w porzuconych peerelowskich kwietnikach, potem były projekty m.in. w Łodzi, ostatnio dzięki nim w porzuconych warszawskich kwietnikach pojawiły się krzaczki malin.
Nie są jednak odosobnieni. Ogrodowa partyzantka działa też w Opolu, Lublinie, Łodzi. To dowód na to, że ludzie naprawdę potrzebują bliskości przyrody – nawet w betonowych dżunglach wielkich miast.
Najnowsza akcja Kwiatka, która odbyła się 17, 18 (pielenie) i 25 września (sadzenie) to działanie w pełni legalne i wspierane przez dzielnicę. Na akcję „Żolibuh” organizatorzy wybrali Aleję Wojska Polskiego, która to jako monumentalna przestrzeń (szeroki na 80 metrów pas zieleni okolony rzędami drzew) zamknięta dwoma nitkami niezbyt ruchliwej jezdni, jest pozostawioną sobie przestrzenią, która aż się prosił o działanie.
– Mimo wielkiego potencjału tego terenu jako naturalnego miejsca wydarzeń dla lokalnej społeczności, czy skweru, miejsca spotkań, rekreacji, jest w tej chwili przestrzenią pozbawioną funkcji społecznych, no może poza byciem jednym z większych w dzielnicy wychodków dla psów – tłumaczy Kwiatek. Organizatorzy chcą, żeby ten teren został rękoma Żoliborzan i innych Warszawiaków obsadzony kwiatami oraz roślinami, które w oczywisty sposób zmienią estetykę miejsca, ale też zwiążą ich emocjonalnie z miejscem, pozwolą się na powrót zbliżyć sąsiadom. Staną się zaczynem kolejnych działań, niekoniecznie tych planowanych odgórnie, wręcz przeciwnie, kolejnych działań sąsiedzkich, które zaczną czerpać z potencjału tego miejsca. Wszyscy, którzy chcą włączyć się w akcję, mogą zgłosić się do Kviatuchów – na www.kwiatuchi.orgwww.kwiatuchi.org i razem ruszyć do boju o piękne miejskie rabatki.

Prześlij dalej