Kąpiel w dźwiękach gongów28 kwietnia 2011

kapiel-w-dzwiekach-gongow

Zaczęło się od ogłoszenia. Wisiało na słupie stojącym przy jednej z uliczek Kazimierza Dolnego nad Wisłą. Napis głosił: „Kąpiel w dźwiękach gongów. Zapraszamy do domu Kultury. Cena biletu: 70 zł. Należy przynieść własne koce. Wypożyczenie koca na miejscu – 10 zł.”

Ogłoszenie przykuło naszą uwagę na dłuższą chwilę. Kąpiel? W dźwiękach? Jakich gongów? Co to w ogóle znaczy? Zastanawialiśmy się nad tym, rozważaliśmy nawet, czy by nie sprawdzić, o co chodzi, na własnej skórze. Koniec końców jednak nie poszliśmy. Ale ciekawość pozostała.

Uspokaja, relaksuje, wycisza

Mijały tygodnie, kazimierski weekend od dawna już był tylko wspomnieniem, a mnie gdzieś w tyle głowy nadal tkwiły te gongi. W końcu postanowiłam coś z tym, zrobić. Zasiadłam do komputera i w przeglądarkę internetową wpisałam ostatnią zapamiętaną frazę. I znalazłam – informację, ze w najbliższy weekend, w ośrodku jednym ze stołecznych ośrodków jogi odbędzie się rzeczona kąpiel w dźwiękach gongów. Zadzwoniłam pod podany numer. Wyjaśnienia były krótkie: że jest to relaksacyjny koncert przy użyciu gongów i mis tybetańskich, słucha się go na leżąco, Czy się decyduję? Stwierdziłam, że tak.
Nim nadszedł dzień „kąpieli”, przeczesałam internet i dowiedziałam się, że muzyka gongów i mis jest dobra niemal na wszystko. Uspokaja, relaksuje, wycisza, likwiduje napięcia mięśni i kłopoty ze snem, a nawet poprawia pracę układu krążenia i gastrycznego. Uczestnicy seansu wychodzą z niego rozluźnieni i uśmiechnięci, pełni optymizmu. Słowem – bajka. Czytałam te zachwyty z rosnącym niedowierzaniem, a wrodzony sceptycyzm kazał mi coraz bardziej nieufnie traktować kolejne rewelacje. Mimo niepokojów i nękających mnie wątpliwości w niedzielny wieczór wybrałam się pod wskazany adres. W sporej sali na podłodze leżały rozłożone rzędami materace. Niektóre miały już swoich lokatorów, większość jednak była nadal pusta, tak że nie miałam żadnego problemu z wybraniem sobie odpowiadającego mi miejsca.
Pośrodku sali na czymś w rodzaju sporego rusztowania wisiały trzy różnej wielkości gongi. Nie da się ukryć – robiły wrażenie. Wielkie, lśniące odcieniami złota i miedzi, już samym swoim wyglądem zapowiadały niezwykłe przeżycie.

Wibrująca głębia

Zajęłam swój materac, rozłożyłam na nim otrzymane od organizatorów koce i z rosnącą niecierpliwością czekałam na rozpoczęcie pokazu. Tymczasem sala zapełniała się powoli, a część uczestników i organizatorzy, wyraźnie znający się już nieźle z poprzednich spotkań, oddawali się towarzyskim rozmowom. Moje zniecierpliwienie narastało i wkrótce byłam bardzo daleko od uczuć odprężenia i relaksu. W końcu prowadzący poprosił o uwagę i zaczął krótkie wyjaśnienia. Tłumaczył, że głosy generowane przez gong i grające misy tybetańskie są oczywiście zwykłą falą dźwiękową, ale ich specyficzna wysokość i częstotliwość sprawiają, że intensywnie oddziałują na organizmy słuchaczy. Przenikają je, docierając do wszystkich komórek ciała, co może początkowo wywoływać nieprzyjemne odczucia w rejonach zmienionych chorobowo lub spiętych w wyniku nadmiernego stresu, bowiem są one gorzej „przepuszczalne”. Prosił, by się tym nie przejmować, bo nieprzyjemne odczucia wkrótce miną, gdy przeszkoda zniknie, rozmyta przez dźwiękową falę. Wyjaśnił też, że jeśli ktoś poczuje senność, nie powinien z nią walczyć – gongowa terapia działa także w trakcie snu. Na koniec zalecił położenie się wygodnie (ale najlepiej na wznak) na materacach, zgasił światło i zapalił kilkanaście małych, oliwnych lampek, których pełgające płomyki stanowiły odtąd jedyne oświetlenie sali.
Pierwszy dźwięk, choć oczekiwany, był dla mnie całkowitym zaskoczeniem. Głęboki, wibrujący, niezbyt głośny, ale mimo to niezwykle intensywny, zdawał się docierać do każdego zakątka sali. Nie przypominał niczego, co dotąd znałam, kojarzył się jednak w jakiś sposób z początkowo łagodnym, stopniowo narastającym szumem morza. Po chwili dołączyły do niego inne, o różnej wysokości i poziomie natężenia, falujące i przenikające się nawzajem. Momentami tak lekkie, że pozostające niemal na granicy słyszalności, już po chwili potężniejące do granic huku rozszalałej wichury. Otaczały mnie zewsząd, płynęły z wszystkich stron, wrażenie było takie, jakby słuchacz był w nich po prostu zanurzony. Słuchało się ich dosłownie całym ciałem – uczucie przenikania dźwięku przez cały organizm, jego rezonowanie i drganie w środku ciała było wręcz fizycznie namacalne. Nie przypominało w niczym głuchego dudnienia rytmu muzyki, pulsującego w głowie i gdzieś w głębi brzucha podczas głośnych rockowych koncertów – tu dźwięk przepływał płynnie przez całe ciało, od czubka głowy aż po krańce palców u stóp.
Śpiew gongów nie był jedynym docierającym do mnie odgłosem. Zza okna dobiegał warkot przejeżdżających samochodów, słychać było szczekanie psa i głośną rozmowę stojących na chodniku pod budynkiem kobiet. Otaczały mnie oddechy leżących dookoła ludzi. Niektóre głośne, głębokie, powolne, brzmiały tak, jakby wydające je osoby spały głębokim snem. Z któregoś z kątów sali dobiegało wyraźne chrapanie. Wszystkie te zakłócenia początkowo w irytujący sposób zakłócały odbiór otaczającej mnie muzyki. Stopniowo jednak, sama nie wiem kiedy i jak to się stało, przestałam je słyszeć. A właściwie słyszałam je nadal, byłam świadoma ich istnienia, ale mój mózg zupełnie przestał zwracać na nie uwagę. Istniały gdzieś obok, w jakiejś równoległej przestrzeni, a ja trwałam zawieszona w świecie muzyki i wszechogarniających, wibrujących dźwięków. Nie wiem, czy spałam – być może tak. Ale nawet jeśli, to gongi grały także w moim śnie.

Odprężenie na kilka dni

Koncert zakończył się delikatnym, cichym sygnałem dzwonków, przywracających uczestników do stanu pełnej świadomości. Ludzie siadali powoli na swoich materacach – wyciszeni, rozluźnieni, pełni łagodnego spokoju. Czułam, że opuściło mnie całe napięcie i irytacja, które towarzyszyły mi od kilku dni. Miałam wrażenie, jakby mój mózg pozostawał w stanie nieważkości, wolny od problemów i spraw, zaprzątających go na co dzień. Krótkie rozmowy z sąsiadami utwierdziły mnie w przekonaniu, że inni uczestnicy seansu mają podobne odczucia. Wszyscy też odnieśliśmy wrażenie zaburzenia upływu czasu – poczucie, że koncert trwał krótką chwilę, a jednocześnie był niezwykle długi. Ludzie powoli zbierali się do wyjścia, z wyraźnym ociąganiem, próbując jeszcze przez moment poczuć niezwykłe doznania, których wspomnienie unosiło się w sali. Dopiero wyjaśnienie prowadzącego, że skutki działania muzyki gongów odczuwać będziemy jeszcze przez kilka dni pozwoliło mi bez żalu pożegnać się z resztą uczestników seansu i wyjść na zewnątrz, gdzie czekał normalny świat.

Prześlij dalej