Kuchnia komfortowa30 marca 2010

kuchnia-komfortowa

W tym roku w kuchni dominować będą potrawy proste, domowe. Takie, które sprawiają, że jest nam lepiej na ciele i duszy. Obowiązujące hasła to „comfort food” i „relaxing food”.

Był już szał na kuchnie włoską i francuską. Przez ostatnich kilka lat wśród kuchennych fashionistów najmodniejsze było suhi i owoce morza. Co odważniejsi eksperymentowali z kuchnią molekularną, w której gotowanie przypomina eksperymenty w laboratorium. Koniec jednak z ekstrawagancją. W dobie kryzysu kucharze proponują powrót do korzeni. Kuchni domowej, niedrogiej i świetnej na skołatane nerwy. Wygląda na to, że nareszcie nadszedł czas kuchni przyjaznej człowiekowi. Nie liczy się moda, lans, trendy, wyszukane a niezjadliwe połączenia składników. Do łask wracają rodzime rosoły, pierogi, makarony.

Pocieszyciele na talerzu

„Comfort food” (zwane też „relaxing food”) to jedzenie znajome, proste, domowe. Do tego zazwyczaj niedrogie i łatwe do przygotowania. Najczęściej są to potrawy, które przywołują miłe wspomnienia (np. dzieciństwa) albo z innych powodów budzą pozytywne emocje i sprawiają, że jedzącemu poprawia się nastrój. Oczywistym tropem są tu słodycze, czekoladki, ciasta – podnoszą poziom serotoniny i poprawiają nastrój. Ale równie dobrze na nasze samopoczucie może wpłynąć bigos, pierogi albo zupa dyniowa. Znana telewizyjna gwiazda kulinariów, Nigella Lawson, nazywa takie potrawy spożywczymi pocieszycielami. To dania, które w deszczowe dni sprawiają, że na naszych twarzach pojawia się błogi uśmiech. Dla Nigelli to na przykład pure ziemniaczane i czekoladowe ciasto. Jednak „comfort food” dla każdego oznacza coś innego.
– Dla mnie to placki ziemniaczane – opowiada Beata. – Może nie są specjalnie zdrowe, ale to potrawa, która w naszej rodzinie zawsze była rodzajem pretekstu do spotkania w babskim gronie. Mama tarła ziemniaki, doprawianie i pieczenie placków dawniej należało do babci, teraz ja przejęłam tę funkcję. Uwielbiamy placki słone, pieprzne i dobrze wypieczone. Nigdzie nie smakują tak jak w domu. Nie liczą się te robione z gotowych proszków – musi być tarcie ziemniaków i już – mówi Beata. Restauratorka Marta Gessler nazywa ten trend „szczera kuchnią”: „Modne jest piwo własnej roboty i domowe pasztety. Wszystko, co uspokaja, powoduje wyciszenie. Dbamy o spokój ciała i ducha, jedząc aromatyczne zupy, pijąc miętę, która ułatwia trawienie, rumianek, gorące mleko przed snem. Jemy lody i czekoladę, bo działają relaksująco na mięśnie” – pisze w jednym ze swoich felietonów.
– To potrawy, które traktowane są jak nagroda – dodaje Beata. – Liczy się też sposób ich wykonania. Terapeutyczna rola takiego pichcenia polega na tym, że gotowanie jest ciągiem czynności, podczas których myśli koncentrują się na przygotowaniu pysznego dania, a nie problemach dnia codziennego.

Domowe restauracje

Ważne jest również pochodzenie produktów, mniej ważny ich wygląd. Słowem – lepsze są warzywa brzydkie, krzywe, nieefektowne, ale z ekologicznej hodowli, kupione bezpośrednio u producenta. Warto się z takim rolnikiem zaznajomić, pogadać – wtedy zawsze będzie miał dla nas najlepszy towar, a my do niego – zaufanie. Jak nawołują specjaliści, stawiamy na jakość, a nie formę. Dlatego nie szukamy ekstrawagancji – potrawy przede wszystkim mają nam smakować, to jak wygladają, nie jest ważne. Dlatego odrzucamy wszystkie trendy i jemy to, co lubimy najbardziej. „To tendencja, która nazywam „I, me, mine” – pisze Gessler. – „To co przygotuję sama jest dla mnie najlepsze” – uważa specjalistka.
Odpowiedzią na modę „comfort” i „relaxing food” są również tzw. domowe restauracje. Popularne za granicą pojawiają się ostatnio także w Polsce. Zakładają je fascynaci gotowania, którzy lubią spędzać czas w swojej kuchni i z radością patrzą, jak znajomi zajadają się przygotowanymi przez nich potrawami. Gdy okazuje się, że znajomych jest coraz więcej i ich pochwały nie wystarczają – zakładają domową restaurację. Tak było w przypadku dziewczyn, które przygotowują proszone kolacje pod szyldem „Uczta Babette”. Na poddaszu warszawskiej kamienicy urządziły domową restaurację. Wnętrza wyglądają jak przytulne mieszkanie. Goście czekają na posiłek siedząc przy kominku na miękkich fotelach i sącząc wino. Kolacja serwowana jest przy wielkim stole, przy którym goście siedzą wszyscy razem. Są świece i domowa atmosfera. Koszt takiej kolacji to około 100 zł. W cenę wliczone jest wino, a na półmiskach lądują takie potrawy, jak bakłażany zapiekane z kozim serem, risotto z prawdziwkami, penne z suszonymi pomidorami i szpinakiem czy domowe lody. Informacje o kolejnych kolacjach zdobywa się przez znajomych lub przez Internet (na „Ucztę Babette” można wybrać się, śledząc bloga ucztababette.blog.com).

Prześlij dalej