Komediowy kinematograf30 marca 2010

komediowy-kinematograf

Choć technika filmowa rozwija się w błyskawicznym tempie, a kolejne efekty specjalne szokują rozmachem, stare kino nie traci wielbicieli.

„Wiadomo powszechnie, że w kinie warszawskim nie wolno się śmiać – pisał z kpiną Antoni Słonimski w 1937 r. – Gadać można, ale wystarczy zaryczeć na Flipie i Flapie, aby odwróciło się parę osób i skarciło zgorszonym okiem »niekulturalnego« widza”. Dziś zwyczaje mamy już swobodniejsze, a podejście do kina inne. Podczas przeglądów filmowych prezentujących przedwojenne komedie na sali co chwila rozlega się niczym nieskrępowany śmiech. Na przestrzeni lat zmieniło się wiele, najwidoczniej jednak dzielimy ze swoimi dziadkami poczucie humoru.

Ostrą kreską

Glazura łazienkowa z podobiznami Chaplina? Oczywiście – proponuje ją popularna sieć sklepów z materiałami budowlano-dekoracyjnymi. Flip i Flap na ścianie salonu? Nic prostszego – oprawione w ramy zdjęcie nabędziemy bez trudu. O to, że bohaterowie komedii slapstickowych mają ugruntowane miejsce w zbiorowej wyobraźni, nie trzeba się spierać. Wystarczy przypomnieć sobie, jak często odwołujemy się do nich, chcąc opisać kogoś niezdarnego, pokracznego, budzącego śmiech swoją nieporadnością i wyglądem.
Nic dziwnego zresztą, że w pamięć zapadli nam właśnie w taki sposób. Postaci wykreowane przez Charliego Chaplina i tandem, jaki tworzyli Stan Laurel oraz Oliver Hardy (znani w Polsce jako Flip i Flap), oparte były na karykaturalnym wręcz uwydatnieniu pewnych cech. Wszak epoka kina niemego wymagała określonych środków wyrazu. Skoro wykluczony został komizm słowny, śmiech u widza wywoływano ruchem ciała, mimiką, spiętrzeniem atrakcji, takich jak słynne tortowe bitwy. Choć czasami nie jest łatwo się do tego przyznać, wciąż bawią nas reakcje bohaterów mające w sobie wiele z dziecięcej naiwności i bliskie naszym podstawowym emocjom.

Mistrz w meloniku

Sprowadzenie starych komedii wyłącznie do prostego humoru byłoby jednak nieporozumieniem. Sam Chaplin mówił: „Dobre jest obrzucanie się ciastkami z kremem, ale jeśli śmiech tylko od tego zależy, film szybko staje się monotonny. Podstawą sukcesu jest znajomość człowieka”. Mieszając lirykę i komizm, stworzył charakterystyczną postać z wąsikiem i w meloniku, drepczącą kaczym krokiem z laseczką w ręce. Z Charliem możemy się utożsamiać lub patrzyć na niego z pobłażaniem, trudno jednak odmówić mu wolności ducha i wielkich pokładów ludzkiego ciepła.
Antoni Słonimski, król poezji dwudziestolecia międzywojennego, ale także pierwszy polski krytyk filmowy, nie krył, że Chaplin należy według niego do mistrzów: „Charlie potrafi nas zawsze rozśmieszyć. Jego bambusowa laseczka jest czarodziejską różdżką do odnajdywania źródeł łez płynących ze śmiechu i rozczulenia. I z filmów tego wielkiego apostoła dobroci zawsze wychodzić będziemy spłakani i uśmiechnięci, a nade wszystko lepsi o jedno wielkie przeżyte z nim wzruszenie”.
Czy dziś, 80 lat później, dawne komedie nadal niosą ze sobą taki ładunek emocji? Wiele wskazuje na to, że tak. Na internetowych forach dyskusyjnych widzowie wymieniają się tytułami przedwojennych filmów wartych obejrzenia, nie skąpiąc przy tym oznak entuzjazmu: „Geniusze komedii… komedii, których teraz nikt już stworzyć nie potrafi. Zarówno u Chaplina, jak i u braci Marx panuje połączenie absurdalnego humoru z majestatem. Czy można ich za to nie kochać? Bez względu na to, co kto lubi, są to jedne z największych postaci – ikon kina”.

Za zasłoną komizmu

Chaplin, Flip i Flap, bracia Marx czy mniej znany, ale niegdyś bardzo popularny Buster Keaton, zwany człowiekiem o kamiennej twarzy, przenoszą nas w inny świat. Jego odrębność wynika nie tylko z różnicy epok i związanych z nią realiów. Stworzyli oni wokół siebie jedyną w swoim rodzaju rzeczywistość, niepodlegającą prawom tłumu, swobodną i wypełnioną urokiem ich indywidualnych charakterów. Stare komedie to jednak nie tylko film niemy. Przełom, jaki przyniosło ze sobą udźwiękowienie kina, wprowadził zupełnie nowe środki ekspresji. Chaplin wykorzysta je umiejętnie w dziełach takich jak „Dyktator” czy „Monsieur Verdoux”, by bawiąc, jednocześnie piętnować drzemiące w człowieku zło. Słonimski zastanawiał się w latach 30., czy za dekadę filmy Chaplina wciąż będą w całości zrozumiałe. Wydaje się, że nawet jeśli dziś nieco inaczej odczytujemy ich sensy, wciąż znajdujemy w nich to, za czym tęsknimy – zbawienny śmiech pozwalający stawić czoła przeciwnościom.

Prześlij dalej