Apteki nad Sekwaną1 września 2009

O francuskim modelu opieki farmaceutycznej, i codziennej praktyce francuskich aptek, w korespondencji własnej z Paryża, pisze Lilianna Bartowska-Lewicka.

Barwność kultur i egzotyka, którą spotyka się w Paryżu na każdym kroku, zamienia stolicę Francji w żywy teatr. Tu każda ulica pulsuje własnym życiem. Ma swoich aktorów i widzów. Podobnie rzecz ma się z mieszkańcami poszczególnych dzielnic. Jedną z największych, liczącą 233 tys. mieszkańców, jest tzw. „ piętnastka”, położona niedaleko Wieży Eiffla. Skupia społeczność starszej generacji, przywiązaną do swoich przychodni, lekarzy i aptek. Tych ostatnich jest tu około 92 – najwięcej ze wszystkich dzielnic. Ilość aptek jest regulowana ustawowo. Nowe mają prawo powstać tylko w jednym przypadku – gdy populacja danej dzielnicy się zwiększa. W samym Paryżu funkcjonuje ok. 2 tys. aptek na dwadzieścia dzielnic.

Boje o błędne recepty

– We Francji nie ma państwowych aptek – opowiada Jean- Paul, właściciel apteki usytuowanej niedaleko metra Pasteur. – Wszystkie są prywatne. Nie wszystkie się zrzeszają, ale większość należy do Francuskiego Towarzystwa Farmaceutycznego. Studia farmaceutyczne trwają sześć lat. Na ostatnim roku wybiera się jedną z trzech specjalizacji: apteczną, przemysłową lub laboratoryjną. Nawet w trakcie już podjętej pracy można starać się o zmianę specjalizacji, czyli przejść z apteki na produkcję, ale z tym wiążą się dodatkowe kursy – dodaje, mówiąc, że we Francji kierownikiem apteki lub jej właścicielem można być tylko po studiach farmaceutycznych. Leki na receptę ma prawo wydawać wyłącznie dyplomowany farmaceuta. Zaś technik farmaceutyczny może podawać leki OTC lub obsługiwać pacjentów, ale tylko pod baczną uwagą dyplomowanego kolegi. Podobnie jak polscy farmaceuci, ich francuscy koledzy toczą boje o przyznanie uprawnień do kwestionowania recept wydawanych przez lekarzy. Mój rozmówca kilkakrotnie kontaktował się przy mnie z lekarzem pacjentów, których obsługiwał, by uzyskać potwierdzenie ordynacji leków.
– Znam lekarzy z pobliskich przychodni – mówi Jean-Paul. – Obowiązuje nas obopólne zaufanie. Jeśli nie mogę czegoś odczytać na recepcie, natychmiast dzwonię do lekarza i po konsultacji mogę nanieść poprawkę na receptę, którą parafuję. Wtedy dopiero udzielam informacji pacjentowi i wydaję leki – dodaje farmaceuta.

Apteka jak sklep samoobsługowy

W 2008 r. francuski resort zdrowia dopuścił do sprzedaży samoobsługowej niektóre produkty lecznicze. Zdaniem farmaceutów, zwiększona dostępność leków OTC sprzyja poprawie świadomości i samoleczeniu. Z tym stwierdzeniem można dyskutować, ale Jean-Paul podkreśla, że po to jest się farmaceutą, „by odpowiadać na pytania i każdy lek z grupy OTC omówić z pacjentem”.
Apteka przypomina sklep samoobsługowy. Pacjenci znajdą tu lecznicze rajstopy, buty ortopedyczne (marki zarezerwowane dla aptek), mnóstwo paramedykamentów z modnym nadrukiem BIO (czyli zdrowe i ekologiczne), okulary, mydła, kremy i całą masę leków homeopatycznych. A wszystko na wyciągnięcie ręki! Patrząc na mnie, jak rozglądam się po wnętrzu placówki, właściciel apteki wyprzedza moje kolejne pytanie.
– Kradzieże? Rzadko się zdarzają – odpowiada Jean-Paul. Między pułkami zaczynają dokazywać dzieciaki. – Coraz trudniej je upilnować – przyznaje pani Nicole Volney, mama maluchów, jedna z klientek apteki. – To jest moja apteka i to nie tylko z racji bliskiego położenia. Przede wszystkim cenię tu szczególne podejście do pacjentów. Moim dzieciom zdarzają się częste infekcje. Tu otrzymuję fachową pomoc przy doborze preparatów na stany podgorączkowe, poradę, jaki syrop na jaki kaszel czy probiotyk, bo zdarza się, że mają przepisany przez lekarza antybiotyk. Przy okazji dzieci otrzymują gratis smakowite lizaki z witaminami. A obsługa ma zawsze dla mnie czas – dodaje pani Volney, mówiąc, że w aptekach przy głównych bulwarach pacjenci obsługiwani są zupełnie inaczej. Panuje w nich duży ruch, który powoduje anonimowość w świadczeniu opieki farmaceutycznej. Dlatego, jak mówi, gdy ma skorzystać z apteki, woli swoją, tę za rogiem, w dzielnicy, w której mieszka.

Refundowane leki OTC

– Nie wyobrażam sobie, by farmaceuta nie miał dla mnie czasu – przyznaje pani Gizela pacjentka w sile wieku. – Mieszkam w tej dzielnicy od 14 lat. Nigdy się nie zdarzyło, by właściciel tej apteki odmówił mi konsultacji. Nawet gdy jest na zapleczu zawsze do mnie wychodzi i tłumaczy wszystko, czego nie zrozumiałam podczas wizyty lekarskiej. Oczywiście w sprawach skomplikowanych kieruje do lekarza. Nigdy nie zawiodłam się na jego poradach.
W odróżnieniu do Polski, we Francji leki OTC są częściowo refundowane. Dlatego też ich sprzedaż jest większa niż w Polsce. W europejskiej statystyce Francuzi plasują się na pierwszym miejscu w konsumpcji medykamentów. We Francji na potęgę kupuje się leki na depresję, przeciwbólowe i na potencję. Istnieje więc zauważalna tendencja wśród farmaceutów, by pacjentów nagminnie sięgających po tabletki przekonać do preparatów ziołowych czy herbatek.
– Byłem wielkim „pożeraczem lekarstw”, tych chemicznych – wspomina Andre Haret, dziarski 75-latek. – Za każdym razem lekarz zapisywał mi nowy lek, a to na bezsenność, a to na depresję. Wreszcie wkroczył właściciel apteki. Gdy po raz kolejny pojawiłem się z receptą, stracił do mnie cierpliwość. Poprosił na stronę i uświadomił, jak bardzo mogę uzależnić się od niektórych medykamentów, jak bardzo szkodzą one w moim wieku i że czas z tym skończyć! Doradził też, bym po konsultacji z lekarzem sięgnął po leki ziołowe lub homeopatyczne.

Elektroniczne karty pacjenta

We Francji każdy pacjent posiada swoją kartę elektroniczną (Mituel), na której zapisane są wszystkie dane je właściciela: PESEL, wzrost, waga, schorzenia, przebyte urazy i wyniki badań laboratoryjnych. Dane uzupełniają na bieżąco zarówno lekarze, jak i farmaceuci, co wywalczyło Francuskie Stowarzyszenie Farmaceutyczne. Bez karty nie ma więc mowy o refundacji leku. Aptekarz od razu wie, czy dana osoba jest ubezpieczona. Dlatego francuskie recepty pozbawione są kodów kreskowych. Karta czytnikowa jest niezbędna, by korzystać z francuskiej służby zdrowia. Obowiązkowa jest składka na ubezpieczenie zdrowotne. Jej wysokość uzależniona jest od zarobków pacjenta: jeżeli ktoś zarabia 1 tys. euro, potrąca mu się 37 euro. Refundacja leków sięga nawet 80 proc. Mimo to, wśród większości obowiązkowo ubezpieczonych, połowa ma dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne.

Prześlij dalej