Zagadnij, kto przyjdzie na Wigilię?19 grudnia 2008

Kiedy już rodzice dorosłych dzieci uporają się z syndromem „pustego gniazda”, czeka ich kolejne wyzwanie: ułożenie relacji z dziećmi, które rozpoczęły życie na własny rachunek. Poligonem doświadczalnym są w tej materii rodzinne spotkania przy świątecznym stole.

– Dla rodziców dorosły syn czy córka wciąż pozostają dziećmi. Trudno im zaakceptować ich świeżo zdobytą samodzielność – przyznaje Joanna Oleszkiewicz, psycholog rodzinny. Jak mówi, odcięcie pępowiny przez młodych bywa dla obu stron bolesne. Ale nawet tam, gdzie odbyło się to bez większych obrażeń, stresem okazuje się spotkanie z okazji imienin czy świąt. Wigilia i Boże Narodzenie, traktowane w Polsce jako święta bardzo rodzinne, wiążą się też ze szczególnymi oczekiwaniami – to czas pojednania, spokoju i życzliwości. Nie może zabraknąć przy stole żadnego z członków rodziny, dlatego nie do pomyślenia jest wyjazd na narty ze znajomymi w tym czasie, czy inne ekstrawaganckie pomysły.

Nasz dom, nasze zasady

W domu, który opuściły dorosłe już dzieci, zmieniają się zasady i prawa, jakie obowiązywały, kiedy wszyscy mieszkali razem. Nagle okazuje się, że w panieńskim pokoju znajduje się warsztat taty-majsterkowicza, w łazience nie ma miejsca na kosmetyki córki, a kolekcja gier komputerowych powędrowała na pawlacz. Dzieci często mają żal do rodziców, że urządzili dom po swojemu, dla siebie. Czują się tak, jakby coś stracili. Zapominają, że dom należy do rodziców i to oni ustalają zasady w nim panujące. Sami buntują się wobec rodzicielskich prób urządzania im życia, odrzucają dobre rady i sugestie, ale jednocześnie chcieliby, żeby w domu rodzinnym wszystko było tak, jak za „ich” czasów.
Przywiązanie młodych do starego porządku i tradycji może też obrać zaskakujące oblicze. Młodzi emigranci, na co dzień żyjący w kulturowym, londyńskim tyglu zapragną pochwalić się prawdziwą polską gościnnością i zaproszą na święta swoich egzotycznych przyjaciół. Dobrze, jeśli uda im się to z rodzicami wcześniej ustalić, gorzej, jeśli pomysł urodzi się i zostanie zrealizowany spontanicznie.

Nie moja liga

Zdaniem Joanny Oleszkiewicz, młodzi żyjąc swoim rytmem, codziennością pełną pośpiechu i stresu, trudno znoszą wyłączenie z tego rytmu.
– Dla aktywnego, pracującego młodego mężczyzny kilka wolnych dni, które ma spędzić tylko z rodzicami jawi mu się jako katorga i strata czasu – tłumaczy psycholog. – Często więc, zaraz po przyjeździe do domu, pędzi na spotkania z dawno nie widzianymi kumplami ze szkoły albo godzinami siedzi z nosem w laptopie. Jeszcze nie założył własnej rodziny, nie nauczył się celebrować chwil tylko z najbliższymi. Dla niego to jest czas zdobywania, sprawdzania się i rywalizowania, a tu nagle matka prosi go u utarcie maku w makutrze – dodaje Joanna Oleszkiewicz.
Angażowanie młodych w świąteczne przygotowania jest dobrym pomysłem na spędzenie razem czasu, okazją do rozmów i zwierzeń. Pozwala im też czuć się współodpowiedzialnymi za organizację świąt. Ale bywa i tak, że dzieci wpadają na ostatnią chwilę, pospiesznie podrzucają prezenty pod choinkę i zasiadają do stołu, oczekując obsługi jak w restauracji.

Bitwa przy stole

Upodobania kulinarne, ilość zjedzonych potraw, nowości kulinarne, które córka chce wprowadzić do wigilijnego menu również mogą stać się zarzewiem konfliktu. Rodzice, przekonani o skandalicznych zaniedbaniach żywieniowych swoich dzieci, dużo czasu i energii poświęcają temu tematowi.
– Celują w tym matki – uważa Oleszkiewicz. – „Jedź, co tak mało zjadłeś? Spróbuj jeszcze pierogów! Weź dokładkę makowca! Najedź się, u siebie tego nie masz….” I tak świąteczny stół zamienia się w pole bitwy – przyznaje, dodająć, że podobne sytuacje rodzą złość i awantura przy stole gotowa. Przygotowane specjalnie dla syna czy córki danie, może być wspaniałym prezentem, pod warunkiem, że wcześniej ustalimy, na co latorośl ma ochotę i za czym tęskni. Dobrym pomysłem jest zrobienie przez młodych świątecznego obiadu, wprowadzenie nowych potraw, zaprezentowanie modnej, wykwintnej kuchni.
– Wspólne święta mogą być dla wszystkich wyjątkowe. Dopóki kolejna rewolucja, w postaci pojawienia się wnucząt, nie wywróci do góry nogami rodzicielskiego domu – dodaje Joanna Oleszkiewicz.

Prześlij dalej