Polskie kadry w Fabryce Snów19 grudnia 2008

polskie-kadry-w-fabryce-snow

Hollywood nie jest łaskawe dla polskich aktorów. Żaden „Kowalski” nie zrobił jeszcze w amerykańskiej fabryce snów kariery na miarę Marylin Monroe, Robeta de Niro, Meg Ryan czy Brada Pitta. Co innego nasi operatorzy, którzy od lat robią za oceanem furorę.

W Hollywood od lat nieprzerwanie panuje moda na polskich operatorów. W branży filmowej krąży nawet anegdota, że receptą na sukces w branży za oceanem jest obco brzmiące nazwisko. Trudno nie zgodzić się z tą opinią. Polacy robią w Hollywood karierę. Andrzej Bartkowiak, Janusz Kamiński, Sławomir Idziak, Andrzej Sekuła stoją dziś na czele silnej i coraz liczniejszej grupy polskich operatorów filmowych.

Jak to się robi?

Czemu zawdzięczać sukces Polaków za oceanem?
– Przede wszystkim im samym, a w dalszej kolejności odpowiedniemu wykształceniu – mówi prof. Jerzy Woźniak, rektor Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. – Naszym studentom do znudzenia powtarzamy, że operator filmowy to nie tylko doskonały rzemieślnik, lecz przede wszystkim artysta kształtujący obraz.
Szef łódzkiej filmówki wspomina, że przed laty podobne pytanie zadali mu niemieccy dziennikarze na festiwalu w Oberhausen. Pytali go, jak to się dzieje, że w Polsce, gdzie brakuje odpowiedniego sprzętu, jest aż tylu znakomitych operatorów.
– Odpowiedziałem im, że to na pewno kwestia talentu, ale z pewnością też naszej uczelni. Studenci uczą się, że każdy film zaczyna się w głowie. Narzędzia pracy, choć ważne, mają znaczenie drugorzędne. Być może dlatego operatorzy po łódzkiej filmówce są rozchwytywani na całym świecie. No, może poza Grenlandią, bo tam trochę za zimno… – żartuje rektor.
Kazimierz Suwała, kierownik biura festiwalowego Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych Camerimage w Łodzi, dodaje do tej wyliczanki jeszcze dwie cechy. Jego zdaniem nasi operatorzy są niezwykle pracowici. A to Amerykanie potrafią docenić jak żaden inny naród na świecie.
– Ponadto amerykański przemysł filmowy ceni sobie naszą europejską wrażliwość – tłumaczy. – W tej materii z pewnością spore zasługi ma łódzka uczelnia, która słynie w świecie z wysokiego poziomu i niekonwencjonalnego sposobu kształcenia. Jej mury opuszczają nie tylko świetni fachowcy, ale świadomi i w pełni ukształtowani artyści. Oprócz doskonałego warsztatu mają przyswojoną wiedzę z dziedziny historii sztuki. Większość z nich, jak na przykład Sławomir Idziak, zanim zaczną realizować zdjęcia, oglądają obrazy i na ich podstawie studiują ustawienia światła.

Idziak rozdwojony

Oglądając „Niebieski” Krzysztofa Kieślowskiego i „Helikopter w ogniu” Ridleya Scotta trudno uwierzyć, że autorem zdjęć do obu filmów jest jedna osoba. A jednak. Tłumacząc się w mediach ze swego mariażu z kinem popularnym, Sławomir Idziak (rocznik 1946), pracujący od lat w Ameryce, zwykł podkreślać, że w Polsce pozycja zawodowa operatora jest znacznie wyższa niż na Zachodzie. Jego zdaniem polscy reżyserzy angażują operatora nie jako technika, ale jako artystę. Kogoś, kto zaproponuje konkretną wizję, którą opatrzy scenariusz. Tłumaczy, że w przypadku „Helikoptera w ogniu” funkcją kamery jest przede wszystkim intensyfikacja i dynamizowanie obrazu. I właściwie na tym rola operatora filmowego w Ameryce się kończy.
Idziak nie kryje podziwu dla Ridleya Scotta. Często nazywa go najzdolniejszym reżyserem filmowym na świecie. I, co równie istotne, najbardziej kasowym. Zanim Idziak otrzymał propozycję od Scotta, był w trakcie przygotowań do realizacji „Dnia próby” – innego, wysokobudżetowego obrazu. Wspomina, jak tuż przed podpisaniem umowy z producentami pojawiła się możliwość współpracy ze Scottem. To była jedna z tych szans w życiu, których, jak mówi Idziak, nie należy odrzucać. Odkręcenie współpracy z ekipą „Dnia próby” kosztowało Polaka sporo nerwów i niemało pieniędzy. Producenci filmu zażądali sowitego odszkodowania, nie obyło się bez pogróżek.
– Cieszę się, że podjąłem taką decyzję – przyznaje dziś w jednym z wywiadów. – „Dzień próby” nie jest złym filmem, choć myślę, że można by go było opatrzyć nieco bardziej interesującymi zdjęciami.

Polak Polakowi

To, co Idziak pokazał w „Helikopterze w ogniu”, było rozwinięciem techniki, której w 1998 roku użył Janusz Kamiński (rocznik 1959) w swoim „Szeregowcu Ryanie”. Okrucieństwo i naturalistyczne obrazy wojny autorstwa Idziaka z pewnością nie miałyby swej mocy, gdyby nie sławna już 20-minutowa sekwencja desantu aliantów na normandzką plażę, którą ukazał w swym filmie Steven Spielberg. Nowatorskie ujęcia Kamińskiego doceniła amerykańska akademia filmowa, przyznając Polakowi statuetkę Oscara. Do dziś pozostaje on najmłodszym laureatem-operatorem w historii tej najsłynniejszej nagrody w dziejach kina.
Pytany dziś czy trudno było mu rozpoczynać karierę w USA, Kamiński odpowiada z przekorą, że owszem, bo „stać się dorosłym jest w każdych warunkach trudno”. Nic dziwnego. Znalazł się w Stanach, mając 20 lat. Nie był, jak inni jego polscy koledzy, absolwentem łódzkiej filmówki. Wykształcenie odebrał już za oceanem. Dziś jest jednym z najbardziej wziętych operatorów filmowych w Ameryce. Ma na swym koncie zdjęcia do ponad 30 obrazów, liczne wątki aktorskie i nieudane małżeństwo z gwiazdą ekranu Holly Hunter. Debiutował też w roli reżysera. Siedem lat temu nakręcił „Stracone dusze”, które, jak mówi, narobiły w Stanach trochę szumu, a przy okazji zarobiły 20 mln dolarów.
Mniej więcej w tym samym wieku co Kamiński wylądował w Stanach Andrzej Bartkowiak (rocznik 1950). Z Łodzi wyjechał w trakcie studiów. Do USA przedostał się przez Meksyk. W Nowym Jorku zaczął stopniowo przenikać do artystycznego środowiska. Poznał m.in. Kurta Vonneguta, Gaya Talese’a, Petera Mass’a. Zaczynał od kręcenia reklamówek i współpracy z niezależnymi filmowcami. Ale dopiero spotkanie z Sidneyem Lumetem otworzyło Bartkowiakowi furtkę do wielkiego kina. W 1982 roku wspólnie zrealizowali „Deathtrap” oraz nominowany do Oscara „Werdykt” z Paulem Newmanem w roli głównej. Dziś polski operator ma na koncie zdjęcia do takich obrazów, jak „Czułe słówka”, „Honor Prizzich”, „Bliźniaki”, „Upadek”, „Speed – niebezpieczna szybkość” czy „Adwokat diabła”.

Sekuła bez indeksu

Każdego roku do egzaminów na łódzką operatorkę przystępuje blisko setka kandydatów. Rektor łódzkiej uczelni, prof. Jerzy Woźniak utrzymuje, że liczba ta pozostaje niezmienna od początku istnienia placówki, czyli od 1948 roku.
– Co roku spośród tej setki przyjmujemy zaledwie 10 osób – mówi, nie kryjąc dumy. W gronie odrzuconych kilkakrotnie znajdował się wrocławianin Andrzej Sekuła (rocznik 1954). Zanim w 1980 roku postanowił na dobre pożegnać się z Polską Ludową, sześć razy bezskutecznie podchodził do egzaminów na łódzką operatorkę. Wykształcenie zdobył dopiero w Londynie. Dziś, pytany o współpracę z Quentinem Tarantino, z którym zrealizował „Wściekłe psy” i „Pulp Fiction”, odpowiada, że wszystko zawdzięcza temu, iż szczęśliwym zbiegiem okoliczności znalazł się nagle w odpowiednim miejscu i czasie.
Pamięta, że najpierw nie był specjalnie zainteresowany współpracą z Tarantino, który wówczas niewiele znaczył w amerykańskim przemyśle filmowym. Podkreśla, że specyfika pracy nad filmem w Ameryce polega m.in. na tym, że o efekcie myśli się w kategoriach wielkiego sukcesu. On nie potrafił myśleć w ten sposób o pracy z Tarantino. Przyszłość mile go jednak zaskoczyła. Zresztą podobnie jak innych polskich operatorów. Śledząc ich poczynania w Ameryce, można utwierdzić się w przekonaniu, że Hollywood nie bez przyczyny nazywane jest fabryką snów. Tu miarą sukcesu bywa nie tylko talent, wiedza i umiejętności, ale i łut szczęścia.

Prześlij dalej