Marta liże mumię, czyli Broumov wita19 grudnia 2008

Masz ochotę na dreszczyk emocji? Po co tłuc się za Drakulą do Transylwanii. Wystarczy wybrać się do Broumowa. Tam nawet lokalny smakołyk nazywa się „trumienka”.

– Oni posmarowali je jakimś słonym świństwem – krzywi się Marta.
– Co ty! Polizałaś ją? – dopytuję z niedowierzaniem.
– Chłopaki, Marta polizała mumię! – w klasztornych lochach brzmią radosne pokrzykiwania.

Turysta na wolności

Jeśli ktoś ma ochotę na bliski kontakt z mumiami, czaszkami i trumnami, to niech szuka go tam, gdzie tłumy turystów nie zdążyły jeszcze przewrażliwić tubylców na punkcie ochrony zabytków. Takim miejscem jest czeski Broumov leżący 30 kilometrów na południe od Wałbrzycha. Chcesz zajrzeć w oczy obywatelowi miasta, który leży w trumnie już od – bagatela – 300 lat? Płać 10 koron i patrz. Chcesz poszwendać się po zakamarkach klasztornych kościoła św. Wojciecha, otworzyć w zakrystii drewniane okiennice, które wykonano w 1763 r.?
A może przekręcić kurek w barokowym zbiorniku do mycia rąk, przy którym przed odprawieniem mszy obmywali ręce książęta kościoła? Płać 50 koron i przekręcaj. Bylebyś tylko niczego nie niszczył.

Wyprawa do klasztoru

Pół wieku panowania komunizmu skutecznie zatarło urok schludnego poniemieckiego miasteczka, którego sercem jest ulokowany na skalnym urwisku klasztor. Kiedy przemierzamy drogę z położonego niedaleko centrum parkingu Przy Strzelnicy do kompleksu klasztornego, zauważymy, że Broumov dopiero podnosi się z kolan. Pieczołowicie odnawiany jest nie tylko klasztor, ale i historyczne miejskie uliczki. Mieszkańcy w końcu poczuli się u siebie. W wykupionych przez siebie domach otwierają hotele, sklepy, zakłady usługowe i kuszące specjałami gospody…
Zanim damy się uwieść tutejszym smakom, idźmy jednak zwiedzić pamiętający czternaste stulecie benedyktyński kompleks. W klejnot europejskiej architektury barokowej zamienił go Christopher Dientzenhofer i jego syn Kilian Ignac w 1735 r.
Wizytę rozpoczynamy w kościele św. Wojciecha, w którym czeka nas niespodziewana lekcja historii przyjaźni polsko-czeskiej. Przewodnik z dumą prezentuje jedno z malowideł na suficie kościoła przedstawiające… uroczysty powrót relikwii św. Wojciecha do Pragi i głównego bohatera tych wydarzeń – króla Brzetysława I, który po najechaniu Polski, spaleniu i splądrowaniu Gniezna w 1038 r. dumnie wwozi do miasta nad Wełtawą szczątki pierwszego polskiego świętego. Na nic zdadzą się protesty, że to wraża propaganda i św. Wojciech spoczywa w gnieźnieńskiej katedrze.
– Kilka lat temu przeprowadzono badania genetyczne – odpowiada z niezmąconym spokojem przewodnik. – Prawdziwe szczątki Wojciecha z rodu Sławnikowiców są w Pradze.
Żeby jednak rozładować atmosferę, która nabiera ciężaru ołowiu, i nie wracać do aneksji Zaolzia, czerwonych beretów w czasie praskiej wiosny i czeskich dywizji szykujących się na karnawał Solidarności roku 1980/1981, przewodnik przez zakrystię i klasztorną bibliotekę prowadzi do klasztornego refektarza, w którym wystawiono odnalezioną zaledwie 7 lat temu kopię Całunu Turyńskiego. Wobec takiej pamiątki wszelkie sąsiedzkie zatargi muszą iść w zapomnienie. Tym bardziej, że po kilku minutach mamy stanąć przed majestatem śmierci, której symbolem jest tu nie tylko wszechobecny motyw czaszki, ale przede wszystkim zmumifikowane ciała spoczywające w kazamatach klasztoru.
To właśnie tam Marta, moja współtowarzyszka, wyczuła słony smak unoszącego się w podziemiach powietrza, które zakonserwowało ciała zmarłych.

Koniec języka za…

Kiedy znajdziemy się w Broumovie, koniecznie rozpocznijmy od wizyty w znajdującym się w rynku centrum informacji turystycznej. Tam powiedzą nam, gdzie można wymienić złotówki na korony (kantorów jest w okolicy niewiele), gdzie znaleźć duże sklepy, w których zapłacimy kartą itp.

Prześlij dalej