Podnieś głowę! czyli o pielęgnowaniu życia10 października 2008

O posługiwaniu się zdrowym rozsądkiem, dobrym życiu i partnerstwie między kobietą a mężczyzną z Ewą Woydyłło, psycholożką, autorką wydanej niedawno książki pt. „Podnieś głowę” rozmawia Amelia Makowska.

Do kogo adresowana jest Pani nowa książka?
– Zajmuję się psychoterapią, prowadzę również otwarte spotkania psychoedukacyjne i 99 proc. moich pacjentów to kobiety. Wynika z tego, że najlepiej jestem zorientowana w ich problemach i potrafię z nimi nawiązać kontakt. Zatem moja książka jest dla kobiet i o kobietach.

Tytuł książki wydaje się banalny…
– Jestem specjalistką w wymyślaniu tytułów (śmiech). Tytuł, owszem, może i banalny, lecz płynący prosto z serca. Zachęcam, by patrzeć przed siebie, być śmiałym, iść przez życie z podniesioną głową.

Czy zamierzała Pani podać kobietom jakąś receptę na szczęście, na poznanie siebie?
– Nie, absolutnie nie. Owszem, odkrywanie siebie to niezwykle kusząca perspektywa, ale autorefleksyjność wcale nie jest dana wszystkim. Zresztą w ogóle do niej nie zachęcam. Polecam posługiwanie się zdrowym rozsądkiem. Proszę mi wierzyć, że sama chciałabym poznać receptę na szczęście, ale przekonałam się już wielokrotnie, że jest to złe założenie, zły postulat. Lepiej myśleć o recepcie na dobre życie, które mieści się w systemie wyznawanych wartości. A dobre życie wcale nie musi być synonimem szczęścia. Można stracić bliskich, można wcale nie założyć rodziny, a mimo to czuć się spełnionym i zadowolonym z życia.

Co jest najważniejsze w związku kobiety i mężczyzny, żony i męża?
– Oczywiście partnerstwo, ponieważ tworzy fundament prawdziwej rodziny. Bo cóż to za rodzina, jak facet siedzi z gazetą przed telewizorem, a ona zasuwa w kuchni?! Z bólem stwierdzam, że to dość powszechne, uważane za normalność. Takie małe polskie bagienko.

Ale to jest tzw. podział ról…
– Niestety, podział ról jest taki, że kobieta musi, a mężczyzna jak chce, to może. Nie chciałabym się o tym zjawisku wyrażać nieelegancko…

A może chodzi o to, że chorobą cywilizacyjną jest nieumiejętność rozmawiania ze sobą?
– Tego nie wiem, ale wiem, że sami sobie taki los gotujemy.

Zarzucano Pani feminizm?
– Nie tylko zarzucano. Ba! Ja się tym szczycę. Słowo „feminizm” (od łacińskiego „femina”, czyli kobieta) oznacza zainteresowanie kobietami. Jestem kimś, kto działa na rzecz kobiet, ale nie przeciw mężczyznom, z którymi np. lubię pracować. Wypaczenie tego pojęcia uważam za prymitywizm. To tak, jakby słowo „racjonalizacja” w dalszym ciągu oznaczało tylko socjalistyczny „wynalazek”. Prawda jest taka, że kobietom dużo trudniej dojść do głosu niż mężczyznom.

Odnoszę wrażenie, że wciąż mówimy o kobietach, które mają siłę, by zmieniać swoje życie, są młode. A co z paniami, które przeszły na zasłużoną emeryturę i dotkliwie odczuwają upływ czasu?
– Chciałabym, aby starzejące się kobiety nie były pustymi, wypalonymi pniami drzewa, tylko żeby miały w sobie pełnię życia. Aby miały hobby, zainteresowania, grono przyjaciół. Ich życia nie może wypełnić pustka tylko dlatego, że dzieci odeszły z domu, że w naturalny sposób „odcięły pępowinę”. Tego czegoś się nie zdobywa, mając 65 lat, to trzeba mieć od początku. Ale żeby mieć, należy to coś pielęgnować. Kobiety mają wobec siebie pewne obowiązki, tym bardziej, że żyją dłużej niż mężczyźni. I zawsze będą żyły dłużej, ponieważ noszą w sobie mniej złości. Dlatego powtarzam: trzeba zadbać o swoje życie.

Porusza Pani także temat kobiecego perfekcjonizmu…
– To zgubny nawyk. Kobieta-wyczynowiec chce mocniej, więcej, lepiej kosztem własnych potrzeb, oczywiście jeżeli są one uświadomione. Na pewno uświadomiona, bo głęboko zakorzeniona w naszej kulturze, jest misja zadowalania wszystkich – wszystkich poza sobą. „Patrz jaka wspaniała matka, tak się poświęca dla syna”, „Patrz jaka cudowna żona, ona żyje tylko dla niego” – taka postawa jest w Polsce pochwalana.

„Podnieś głowę”, Ewa Woydyłło, Wydawnictwo Literackie, wrzesień 2008

Prześlij dalej